W ramach Beat wykonujecie utwory z płyt King Crimson wydanych w latach 80. Co jest największym wyzwaniem przy graniu tej muzyki na żywo?
Przebrnięcie przez te numery, serio. (śmiech) Możliwość uczestnictwa w tym projekcie była i jest dla mnie czymś wielkim, ponieważ kocham King Crimson – włączając w to albumy z lat 80., które przerabiamy z Beat. Zawsze jarały mnie dziwne wyzwania.
Miałeś ich trochę w ciągu kariery.
Oj tak, to się nie zmienia. Cała moja kariera to szereg dziwnych wyzwań. (śmiech) Nawet w bardzo młodym wieku się z nimi mierzyłem, czego przykładem było chociażby przygotowanie transkrypcji solówek Franka Zappy jeszcze jako nastolatek. Później zastąpiłem Yngwiego Malmsteena w Alcatrazz, co również było skokiem na głęboką wodę. Do tego współpracowałem z Davidem Lee Rothem, czyli jedną z największych gwiazd rocka pod słońcem. Poza tym było jeszcze Whitesnake… Słowem: musiałem uczyć się nowych rzeczy co chwilę, a mówimy o artystach grających inną muzykę, nie kilka wariantów tego samego. Dopasowywanie się do nowych sytuacji postrzegam jako jedną ze swoich największych zalet. Nawet na stare lata z niczym nie zwalniam, o czym świadczy współprodukowany przez mnie i Ibaneza instrument The Hydra, nad którym pracowaliśmy bite pięć lat.
Ciągła kreatywność to podstawa?
Żebyś wiedział! I tu wracamy do tematu Beat, a konkretniej do stylu gry Roberta Frippa. To, co ten człowiek wyrabia z gitarą, jest absolutnie niepodrabialne, a jednocześnie skomplikowane jak cholera. Aż nie chce mi się wierzyć, że ten człowiek dopracowywał pomysł na siebie i swoje melodie już jako pięciolatek. To mówi o ogromie dyscypliny, a przede wszystkim wielkiej muzycznej dojrzałości cechującej jego najwcześniejsze dokonania, które współtworzył, nie mówiąc nawet o tych późniejszych. Aranżacje stojące za utworami King Crimson i sposób rozłożenia wszystkiego w odpowiednich miejscach wciąż mnie powalają. Do spółki z Adrianem (Belew, wokalistą i drugim gitarzystą King Crimson – red.) stworzyli coś niepowtarzalnego. Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ludzie lubią nadużywać takich słów, ale w tym przypadku mówię o samych faktach. Nikt nie zrobił czegoś podobnego, nawet gdy próbowano to odtwarzać.
Jak myślisz, z czego to wynika?
Z braku obaw przed czymkolwiek. Wszystkie te polimetryczne zagrywki, łączenie popowych melodii z bardzo wysmakowanymi formami artystycznymi, eksperymenty z gitarowymi syntezatorami… Oni byli w tym pierwsi, a w dodatku doprowadzili większość rzeczy, które odkryli, do najwyższego poziomu. To nie jest najbardziej powszechna rzecz na świecie. Z reguły, gdy coś wymyślisz, możesz być prawie pewien, że znajdzie się ktoś, kto zrobi to lepiej, bazując na zasianym przez ciebie ziarnie. Ci dwaj od razu wskoczyli na szczyt. Coś niesamowitego. Podsumowując: oddanie istoty tych utworów w ramach Beat było dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale z radością oświadczam, że dałem sobie radę! (śmiech).
Powiedziałbyś, że King Crimson było twoją główną inspiracją w kwestii robienia wszystkiego w zgodzie z głosem serca, nawet jeśli ucierpiałaby na tym kariera?
Coś w tym może być. Z całą pewnością King Crimson zmieniło mnie jako artystę i słuchacza, a ich wpływ na mnie jest nieprzeceniony. Na przestrzeni lat okazałem się piekielnie innowacyjnym muzykiem. Nie wiedziałem tego, póki nie zacząłem o sobie czytać. Gdy postawiło się mnie obok bardziej konwencjonalnych rockowych artystów, wypadałem na tego dziwaka, który robił rzeczy w zupełnie inny sposób.
Od zawsze czułeś się inny lub bardziej odważny?
Inny – na pewno, ale bardziej odważny… raczej nie. Wbrew pozorom daleko mi do bycia muzycznym rebeliantem. Nigdy nie tworzyłem po to, by zagrać komuś na nosie lub pokazać, jak bardzo awangardowy jestem. Najzwyczajniej w świecie podążam za swoimi pomysłami i jeśli uważam któreś z nich za dostatecznie ciekawe, wcielam je w życie. Jak każdy człowiek na świecie, miewam momenty eureki i gdy coś takiego mnie nawiedza, wiem, że muszę chwycić gitarę, by to od razu zagrać. Nie myślę sobie wtedy: „wow, robię coś naprawdę przełomowego”, tylko daję się porwać czemuś ekscytującemu.
A jednak zrobiłeś wielką karierę.
To prawda, ale mówimy tu o sytuacji z gatunku ciekawostek przyrodniczych, bo przecież do tego w ogóle nie powinno dojść. (śmiech) Gdy zaczynałem karierę solową, byłem raczej nieznanym muzykiem, a w dodatku zadebiutowałem tak eksperymentalną, osobną i dziwną płytą jak „Flex-Able”. Kiedy wydawałem „Passion & Warfare”, również robiłem wszystko po swojemu, nie miałem dookoła siebie sztabu menedżerów i doradców, którzy kazali mi dopasować się do trendów czy coś. Boże, jak dobrze! Uważam ten materiał za naprawdę wyjątkowy, ponieważ – znów, wracamy do podążania za głosem serca – czułem ogromną potrzebę nagrania go. Po latach spędzonych w trasach z Lee Rothem czy Whitesnake wiedziałem, że muszę zrobić dokładnie coś takiego. Podświadomie blokowałem sobie drogę do osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu, lecz go osiągnąłem, mimo że nawet mi na tym nie zależało. Co prawda później jednorazowo uległem trendom i dałem się nabrać na to, że muszę robić bardziej przyswajalne rzeczy, ale wyciągnąłem z tego odpowiednie wnioski. Gdybym nie działał w zgodzie ze sobą, najpewniej popadłbym w depresję. Inaczej nie potrafię.
Mówiąc o dopasowywaniu się do trendów, masz na myśli „Sex & Religion”?
Dokładnie tak. To specyficzna płyta.
Bardzo za nią przepadam. Z jednej strony jest lżejsza i bardziej piosenkowa, ale ma w sobie mnóstwo dziwactw oraz śpiewa na niej wówczas młody, nieopierzony i zupełnie odjechany Devin Townsend. Z takimi komponentami trudno o skok na kasę.
Zgodzę się z tobą, przynajmniej częściowo. To jedna z moich najlepiej sprzedających się płyt i do tej pory trafiam na ludzi, którzy ją cenią, co potwierdziłeś przed chwilą. (śmiech) W tamtym momencie czułem się nieco zagubiony. „Sex & Religion” ukazała się w 1993 roku, czyli okresie, gdy rzeczy, które robiłem parę lat wcześniej i energia rocka z poprzedniej dekady, zostały skazane na śmierć. Wszyscy musieli się zmienić albo zawiesić gitary na kołku. Z jakiegoś powodu uznałem, że również nie przetrwam, jeśli nie zmierzę się z nową rzeczywistością. Ostatecznie wyszło mi całkiem nieźle. Samo znalezienie Devina Townsenda było bardzo ważną rzeczą, ponieważ miał nie tylko intrygującą osobowość, ale przede wszystkim potężny głos – mógł zaśpiewać dosłownie wszystko i jednocześnie brzmieć jak nikt inny. Zachęcano mnie więc, bym szedł z tym dalej, skompletował zespół na normalnych zasadach i napisał numery, które nadawałyby się do radia. Podjąłem to wyzwanie, nie ukrywam, przy czym nawet mimo paru bardziej przebojowych piosenek nie można mówić o tym materiale w kategoriach czegoś komercyjnego.
Głos serca znów okazał się silniejszy od konwenansów?
Tak! Dla przykładu: wiedziałem, że jeśli zrezygnuję z tego powalonego interludium w „Dirty Black Hole”, będę czuł się ze sobą źle. Czy ludzie skrzywili się na myśl o tym? Najpewniej tak, ale nie potrafiłem i nie potrafię inaczej. Jeśli czuję, że muszę coś nagrać, to to nagrywam i żaden głos rozsądku mnie przed tym nie powstrzyma.
Wracając jeszcze do Beat: gdy grasz utwory King Crimson, mając obok siebie Tony’ego Levina i Adriana Belew, co najbardziej zaskakuje cię w nich jako artystach?
Jestem pod wrażeniem piękna zawartego w tych utworach, ponieważ ich styl gry i możliwość obserwowania tego, co robią, tylko to uwypukla. Jasne, nieludzki poziom skomplikowania tej muzyki to jedno, ale szczerość i emocjonalność są tutaj równie ważne. Nie każdy artysta potrafi uzyskać taki efekt.
Od lat jeździsz w trasy z innym wirtuozem gitary, Joe Satrianim, a od jakiegoś czasu także razem komponujecie. Znacie się jak łyse konie – wciąż jesteś nim zafascynowany jak wtedy, gdy poznałeś jego muzykę?
Tak, jestem. Fascynuję się nim niezmiennie od czasów, gdy uczył mnie gry na gitarze za dzieciaka. Joe zawsze cechuje się niezwykłą elegancją, a przede wszystkim osobnym podejściem do instrumentu. Nawet, gdy robi coś na bazie najprostszego dźwięku, podchodzi do tego inaczej niż wszyscy. Do tego ma genialny muzyczny słuch. Na przestrzeni lat współpracowałem z wieloma ludźmi, których cechowały różne supermoce – od niespożytej kreatywności aż po wybitne wyczucie smaku. Ale Joe zawsze był jak ludzki metronom. Mógłby wejść na scenę w połowie piosenki, którą usłyszał dwa razy, a i tak wypadłby najlepiej z całego zespołu.
Z mniej oczywistych rzeczy – w kilku numerach na „Inferno” Motörhead słyszymy twoje partie gitary. Jak wspominasz zagranie na płycie zespołu, który jest kompletnym przeciwieństwem ciebie?
Kompletnym przeciwieństwem? Chyba aż tak bym tego nie nazwał. Muzyka Motörhead ma w sobie wielki ładunek energii, który zawsze do mnie przemawiał. Co do wspomnień: wszystko zaczęło się na bulwarze Zachodzącego Słońca w Los Angeles, a dokładniej w klubie Rainbow. To takie miejsce, w którym możesz spotkać naprawdę wiele gwiazd, więc nic dziwnego, że wpadałem tam także na Lemmy’ego (Kilmistera, lidera Motörhead – red.). Któregoś razu zapytałem go po prostu, czy nie chciałby, bym zagrał na jego płycie, a że już się wtedy znaliśmy, odparł, że z wielką chęcią. Umówiliśmy się na spotkanie w moim domu parę dni później. Mieszkaliśmy bardzo blisko siebie, więc zjawił się o umówionej porze, a później spędziliśmy razem kilkanaście wspaniałych godzin. Pracowaliśmy, śmialiśmy się i graliśmy muzykę, jakby jutra miało nie być. Wspaniała sprawa!
Nie wiem, czy pamiętasz, ale 21 lat temu zagrałeś mini-koncert… na ulicy w Katowicach. To, że obserwowała cię wyłącznie garstka przechodniów nieświadoma tego, kim jesteś, było fajne czy dziwne?
Doskonale to pamiętam, było super. Zagraliśmy wtedy jedną piosenkę, „K’m-Pee-Du-Wee”.
Skąd pomysł na coś takiego?
Dzień wcześniej graliśmy na Litwie i przylecieliśmy do Katowic trochę wcześniej niż planowaliśmy, więc mieliśmy sporo czasu dla siebie, a to i tak był dzień wolny od koncertowania. Zachęciłem chłopaków z zespołu, abyśmy rozstawili jakiś podstawowy sprzęt na miejscowym osiedlu i pojammowali nieco. Oczywiście nie byli zachwyceni tym pomysłem, bo chcieli odpocząć, ale udało mi się ich namówić. Tak, jak mówisz, ludzie nie mieli pojęcia, kim jesteśmy, po prostu mijali nas, a my sobie graliśmy. Miłe wspomnienie.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu