„Jedno życie to za mało”. Wywiad z Wønder

Dodano: 11.06.2026
Carolin Mrugała, którą możecie znać jako Wønder, nienawidzi nudy i stagnacji. Spełnia się jako artystka w najróżniejszych formach – od dubbingu aż po cosplay czy twórczość muzyczną. Tę ostatnią zaprezentuje na koncertach w ramach „Games X Anime Show”. O co w tym wszystkim chodzi? Przeczytajcie w poniższym wywiadzie.

Przypuśćmy, że opowiadam znajomej osobie, że idę zobaczyć Wønder na żywo i dostaję pytanie: „czego się po niej spodziewać?”. Jak powinienem na nie odpowiedzieć? 

W tym momencie odpowiadasz: „stary, Wønder to gwiezdna wojowniczka, piosenkarka anime i gamingowa! Człowieku, jej ogniste włosy falują majestatycznie na wietrze”. (śmiech) Mówiąc poważniej, gdybyś jednak nie przybrał tak fantazyjno-romantycznego tonu: jestem czerwonowłosą wokalistką anime-gamingową działającą w Polsce, ale współpracującą z wieloma podmiotami w branży gier, działającą także z własną muzyką, zajmującą się również aktorstwem dubbingowym… Do tego tworzę immersyjne występy i teledyski. Elementami koncertów są stroje, wizualizacje i tworzenie osobnego świata. Takie show to coś więcej niż koncert. 

No właśnie, czym konkretnie twój występ wyróżnia się na tle „zwyczajnego” koncertu?

W przypadku koncertów z serii „Games X Anime Show” jesteśmy w konwencji rockowej, jednakże nie oznacza to, że oryginalne wersje utworów, które zaprezentuje również są rockowe. Spokojnie mogę nazwać swoje występy czymś na kształt szerokiego wachlarza gatunkowego. Będziemy mieli również niespodzianki, które pomogą przenieść koncerty na wyższy poziom. Słowem: chodzi o bardzo szeroki przekrój różnych stylistyk przepuszczonych przez filtr Wønder. 

Czym jest filtr Wønder?

Inspiruje mnie bardzo dużo różnych rzeczy, dlatego obficie z tego korzystam. Kiedyś ktoś pokazał mi starą grę pt. „Hokus Pokus Różowa Pantera”. Jest tam taka postać, która zostaje zamieniona w trolla lub ogra, a zadaniem Różowej Pantery, czyli Cezarego Pazury jest pomoc młodemu czarodziejowi w uczynieniu jej zwykłą dziewczynką. Właśnie w tym momencie mówi ona, że właśnie nie chce być zwykłą dziewczynką, tylko “nieśmiertelną magiczną księżniczką syrenką ninja! Jako Wønder bardzo z nią empatyzuję. Ja też nie chce być “zwykłą dziewczynką”. (śmiech) Wracając do pytania, czym jest mój filtr: po prostu oknem mojego spojrzenia na świat, w którym jedno życie to za mało. Pragnę być i elfką, i punkówą walczącą o losy moich pobratymców. Chciałabym być też ognistą czarodziejką w świecie „Wiedźmina” czy hakerką jak Lucy z „Cyberpunka”. Wartości, które sobą przedstawiam, się nie zmieniają, ale ich setting już jak najbardziej. Cieszę się, że wywołuję emocję, prezentując najróżniejsze scenariusze niezależnie od świata, w którym się znajduję – czy to fantazyjnym, czy przyziemnym.  

Czyli to postać z „Hokus Pokus Różowa Pantera” poniekąd zainspirowała cię do robienia tego, co robisz?

Absolutnie nie. Po prostu używam jej jako przykład tego, o co mi chodzi. To jest w ogóle bardzo mała postać w ramach tej gry, bo wypowiada dosłownie kilka kwestii i ma raczej marginalne znaczenie, jeśli o fabułę chodzi. Moja postać narodziła się bardzo naturalnie, bez jakiegoś konkretnego bodźca z zewnątrz. 

Ale coś musiało cię do tego popchnąć?

Wiele rzeczy. Z tych nieco mniej oczywistych: praktycznie od zawsze byłam molem książkowym. Gdy tylko miałam taką sposobność, czytam jak szalona. Już nawet jako dziecku zakładano mi coraz to nowe karty w bibliotece, bo pożerałam tak wiele książek. Byłam też pierwszą osobą w moim rodzinnym miasteczku, która otrzymała honorową kartę do biblioteki dla dorosłych, zanim ukończyłam 18 lat. 

Korzystałaś z tego?

Mogłam czytać tylko rzeczy, które przeszły przez selekcję pracowników. Wiadomo, że nie czytałem książek stricte dla dorosłych, ale jakaś „Zbrodnia i kara” – już jak najbardziej. Trafiłam na tytuły, które nie były w żaden sposób gorszące, lecz najzwyczajniej w świecie nie było ich w sekcji dziecięcej. Dzięki temu jestem osobą o bardzo szerokiej wyobraźni. Tak, jak w grach są różne skiny, u mnie również – jest Wønder elfka, jest Wønder hakerka, jest Wønder piratka… Dużo tego. 

Mówisz o sobie, że jesteś cosplayerką, youtuberką, aktorką dubbingową i kompozytorką – w której z tych ról czujesz się najbardziej sobą?

Ciekawe, ponieważ „najlepiej” i „najbardziej sobą” nie zawsze są tą samą kategorią.

U ciebie są?

Niekoniecznie. Na pierwszym miejscu zawsze była u mnie muzyka. W pierwszej kolejności jestem wokalistką i songwriterką. Cała reszta pełni rolę inspiracyjną – przez resztę rozumiem oczywiście książki, filmy, gry, anime… ale wszystko sprowadza się do tego, że gdy już coś mnie zajara, chcę stworzyć o tym piosenkę. Gdy w coś gram, również w pierwszej kolejności zwracam uwagę na ścieżkę dźwiękową. Dlatego to wszystko łączę. Część wizualna jest ogromną częścią mojego show. Jeśli na koncertach liczyłaby się wyłącznie strona muzyczna artyści na koncertach byliby zakrywani jakąś płachtą, nie byłoby świateł, wizualizacji itd.. Efekt audiowizualny tworzy spójny świat, do którego zapraszam odbiorcę. Teatralna strona Wønder ma dla mnie wielkie znaczenie, ponieważ dzięki niej mogę nadać kontekst piosenkom i wzbogacić je o dodatkowe warstwy. 

Faktycznie brzmisz na bardzo zajaraną.

Bo jestem! Wspomniałeś o aktorstwie dubbingowym – również za tym przepadam, ale nigdy nie próbowałam zrobić z tego czegoś w stylu mojego głównego zajęcia. To i jeszcze inne poboczne kwestie, które ogarniam, idealnie wpisują się w moją chęć bycia wieloma osobami jednocześnie. Dzięki temu mogę się wyżyć i generalnie kocham rzeczy, których się podejmuję. Zawsze zmierzam do tego, by czuć satysfakcję z własnych działań, a działam bardzo obficie, bo prócz głównych zajęć piszę opowiadania, larpuję… Nie nudzę się. 

Przy takim natłoku rzeczy łatwo się wypalić. 

Najważniejsze jest robić te rzeczy, które cię ekscytują, a nie to, co może mieć potencjalnie najwięcej wyświetleń lub zapewnić największe zyski. Jeżeli robisz rzeczy sprawiające radość w trakcie procesu, to niezależnie od wyniku ocenisz spędzony przy tym czas pozytywnie, nie będziesz niczego żałował. Najgorzej jest wpaść w pułapkę robienia tego samego, co spodobało się odbiorcom, ale tobie już mniej, więc kończysz jako niewolnik swoich decyzji. Widzowie oczekują jednego, ty chcesz drugiego… U mnie na szczęście czegoś takiego nie ma. Wiadomo, że niektóre z moich projektów to manifestacja płynąca z głębi serca, a inne funkcjonują bardziej w ramach ciekawostki czy eksperymentu, ale do żadnego z nich nie musiałam się zmuszać. 

Zakładam jednak, że nie wszystkie satysfakcjonują cię po równo.

Pewnie, że nie. Coś nie wyszło, coś mogłoby być bardziej dopracowane… Grunt to wyciągnąć z tego nauczkę, a nie rozpamiętywać niepowodzenia. Oddzielanie efektu (np. wyświetleń bądź polubień) od wartości danego projektu jest kluczowe, bo pozwala ci utrzymać spokój ducha. Do tego dochodzą moi wspaniali fani, którzy otaczają mnie miłością, zrozumieniem i pasją. Bez nich zdecydowanie byłoby ciężej.

Wszystko, co robisz ma w sobie ściśle sprofesjonalizowany sznyt i wygląda na dopięte na ostatni guzik. Ile czasu potrzebowałaś, by twoje działania osiągnęły satysfakcjonujący kształt i formę?

Jeżeli chodzi o Wønder, to doprowadzenie tego projektu do satysfakcjonującego poziomu trwało mniej więcej parę lat – powiedzmy, że dwa lub trzy. Ale wiadomo, są różne aspekty mojej twórczości: treści wizualne, muzyka, rzeczy pomiędzy. Zawsze chciałam więcej i zawsze chciałam sięgać gwiazd. Czasami nawet moi widzowie czy moja ekipa próbują mnie uspokajać, zaznaczając, że niektóre bardzo szczegółowe modyfikacje kosztują mnie masę energii, a nikt ich tak naprawdę nie zauważy. 

I mają rację, bo perfekcjonizmem łatwo się zachłysnąć. 

Też uważam, że moją największą konkurentką jestem ja, nikt inny. (śmiech) Gdy myślę o tym, że mam przebić siebie z zeszłego roku, oblewają mnie zimne poty. 

Bo może nie musisz siebie przebijać?

Nie muszę, ale chcę! Jak na razie, udaje mi się to, dlatego moment, w którym nie dam rady zrealizować celu, może być czymś w stylu zderzenia ze ścianą. Ale nie rozpaczam, tylko lecę dalej. Bardzo lubię ten ciągły pościg za czymś nowym i dużym, jakościowym. Ludziom (zwłaszcza u nas) wmawia się, że nie dadzą rady, że nie da się w Polsce osiągać światowego poziomu – to bzdura. W wielu produkcjach, którzy twórcy mają znacznie większe budżety ode mnie, zauważam powracający element bylejakości. W Wønder nie ma miejsca na coś takiego. Każdorazowo pytam siebie, co mogę zrobić by poruszyć widza i czasami nie chodzi o kasę czy fajerwerki w klipach, tylko maksimum angażu emocjonalnego. Uważam, że nigdy mi go nie brakuje.

W ramach Mystic Festival i serii jesiennych koncertów po Polsce zaprezentujesz się pod szyldem „Games X Anime Show”. Co dla siebie znajdzie tam fan rocka, który nie jest ani gierkarzem, ani fanem anime?

Przede wszystkim znajdziecie zajebiste rockowe show, które będzie wyglądało i brzmiało epicko. Niektórzy widzowie mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, że znają piosenki, które będziemy grać. Usłyszycie utwory z różnych gier i anime, a także mój autorski materiał. Część z tych numerów to bardzo znane kawałki w mainstreamowym kontekście, ale przerabiamy je tak, że brzmią zupełnie jak nowe. Zajebista energia lejąca się ze sceny hektolitrami — tego się spodziewajcie! 

Łukasz Brzozowski

zdj. materiały artystki

Bilety na koncerty Wønder kupicie TUTAJ

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas