„Album of the Year” ma dziwne położenie w dyskografii amerykańskich rockowo-metalowych wizjonerów. Nikt nie powie, że to zła płyta, ale znalezienie kogoś, kto uzna ją za najlepszą, graniczy z cudem. Teoretycznie właśnie na niej styl grupy przybrał najbardziej przyswajalną formę – czyli wymarzoną dla kapeli odnoszącej sukcesy – ale przecież nikt od nich tego nie oczekiwał. Nic dziwnego, że niedługo po jej premierze pochowano Faith No More. Dalej nie można było tego ciągnąć.
CO TAK NORMALNIE?
Na każdym etapie kariery Faith No More produkowali hity. Mimo tego najważniejsze w ich muzyce były dziwactwa. Mówimy o zespole, który w złotym etapie działalności nie zwracał uwagi na nic i na nikogo. Nie istniały sztywne konwenanse, nie było miejsca na zwyczajność. Szybki przykład: stojące obok siebie numery „Caralho Voador” oraz „Cuckoo for Caca” z „King for a Day… Fool for a Lifetime” – pierwszy z nich to subtelna bossa nova z kojącą melodią na pierwszym planie, drugi to z kolei thrashowa jazda na wysokich obrotach z niemal grindowymi fragmentami. Właśnie takie akcenty i gatunkowe przeplatańce decydowały o wyjątkowości Faith No More. Na tle wspomnianego przed chwilą materiału z 1995 roku czy jego poprzednika „Album of the Year” nie prezentuje się spektakularnie. Nie ma tu bardzo ekscentrycznych pomysłów, nie ma też dzikości. Wydaje się, że Mike Patton i spółka po prostu stracili paliwo, nagrywając dużo bardziej zwyczajne i poukładane numery. Czy aby na pewno?
DOJRZAŁOŚĆ PONAD WSZYSTKO
Wbrew pozorom „Album of the Year” wcale nie jest tak normalną i beżową płytą, jak można by przypuszczać przy pierwszym kontakcie. Jasne, zwyczajnych piosenek nie jest tu mało, ale mowa o świetnie skrojonych kawałkach. „Collision” to świetny post-hardcore’owy strzał w zęby na wejście. „Stripsearch” jest jednym z najlepszych około-balladowych fragmentów dyskografii Amerykanów, zmysłowością i subtelnością zahaczając wręcz o rejony bliskie Portishead. „She Loves Me Not” to z kolei klasyczny easy listening nawiązujący do jednego z idoli grupy, czyli Burta Bacharacha. Nie jest przypadkiem, że akurat jego „This Guy’s in Love with You” było coverowane przez grupę na tamtym etapie, ale także i w latach późniejszych. Oprócz tego typu utworów znajdziemy jednak masę mniej oczywistych perełek. „Mouth to Mouth” łączy zarówno rockowy groove, cyrkowe wibracje, jak i pojedyncze wątki wyciągnięte z muzyki bliskowschodniej. „Naked in the Front of the Computer” to rwany, znów, post-hardcore’owy hicior, podobnie zresztą „Got That Feeling”, a rzucona na finał „Pristina” kojarzy się wręcz z drone metalem! I jasne, nie rozmawiamy o osobliwościach kalibru „Malpractice” czy „Ugly in the Morning”, lecz o zespole korzystającym z otwartych głów jako dodatku, nie esencji.
JON HUDSON
Postać, której fani najlepszych płyt Faith No More nie darzą największym szacunkiem. Poniekąd ich rozumiem. Hudson był (i wciąż jest) absolutnym zaprzeczeniem tego, co robili jego poprzednicy. Jim Martin zbudował zręby stylu grupy, wychodząc z klasycznie metalowych pozycji, a następnie przechodząc w stronę funku, lounge’u i wielu innych nurtów. Z kolei Trey Spruance, którego słyszymy na „King for a Day…”, to wręcz wymarzony gitarzysta dla takiego zespołu. Technicznie prezentował najwyższy możliwy poziom, był wręcz wirtuozem, ale zawsze korzystał ze swoich zdolności, nigdy nie grając na siebie. Noiserockowe zgrzyty, popowe piórkowanie, odrobina deathmetalowej zajadłości, psychodeliczne elementy – dla niego nie było rzeczy niemożliwych. Na tle tej dwójki John wypada inaczej, nieco gorzej. To bardzo sprawny gitarzysta, z rytmiką jak w zegarku, lecz pozbawiony szałowej kreatywności. Nigdy specjalnie nie eksperymentował, nie uciekał w wizjonerskie terytoria. Głównie trzyma się tego, by riff był zagrany równo i mocno. Na takiej płycie jak „Album of the Year” działa to dobrze, lecz czy ze Spruance’em nie zadziałałoby jeszcze lepiej?
ALBUM ROKU? NIEKONIECZNIE…
Doceniam nazwanie wieńczącego karierę Faith No More krążka w taki sposób. No, bo po co nagrywać płytę roku, a chwilę później już się zegnać? Mimo wszystko geneza tytułu „Album of the Year” wydaje mi się nieco bardziej złożona. Znani z ciągłego ironizowania i sarkazmu muzycy najpewniej, przynajmniej podświadomie, zdawali sobie sprawę z tego, że nie jest to ich najwybitniejsze dzieło. Wiedzieli też, że powoli przestają się lubić, więc pora myśleć o zakończeniu działalności… Jeśli albumem roku nazwiemy więc płytę nagraną z takim tłem historycznym, można pomyśleć o tym w kategorii uroczego prztyczka w nos. Co prawda po premierze słuchacze nie pokochali tego materiału, ale nie został przyjęty najgorzej. Rozszedł się w blisko dwóch milionach egzemplarzy na całym świecie, dał Amerykanom nieśmiertelne przeboje w postaci wzmiankowanego „Stripsearch” czy „Ashes to Ashes”, a po latach patrzy się na niego dużo łaskawiej. Całkiem spoko, nieprawdaż?
W zeszłym tygodniu Faith No More poinformowali, że reaktywują się – i to po raz drugi w karierze. Jak mówił Billy Gould: „Nasza muzyka jest bardzo fizyczna, więc nie zostało nam wiele czasu na granie tych numerów w zadowalającej formie, bo nie młodniejemy”. Rozumiem cię, ostatni dzwonek, chęć zainkasowania ostatniej fury pieniędzy, zaprezentowania się przed tłumami. Myślę, że wyjdzie to dobrze. Mówimy o świetnym zespole koncertowym. Życzę powodzenia – uwzględnienia jak największej liczby numerów z „Album of the Year” w setliście również!