„…Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach”, czyli Kat, który stworzył swoją najpiękniejszą rzecz

Dodano: 28.07.2026
Kat zawsze odjeżdżał jakościowo od pozostałych klasyków polskiego thrashu, ale za sprawą tego albumu pokazał, że naprawdę nikt nie ma do nich podejścia. Tak było 30 lat temu, gdy się ukazał, i tak jest teraz.

Prawie każdy wielbiciel katowickiej legendy polskiego metalu wskaże inną płytę jako tę ulubioną. Najwięksi oldschoolowcy postawią na „666” lub będący wejściem na kolejny schodek „Oddech wymarłych światów”. Fani bardziej zawiłych konstrukcji technicznych z pewnością wybiorą „Bastard”, w ramach którego Kat najmocniej zbliżył się do rejonów technicznego thrashu, jednocześnie ani przez chwilę nie wpadając w typowe dla nurtu samouwielbienie instrumentalistów. W moim przypadku najoczywistszym wyborem są „…Róże miłości…”, bo to przy nich potencjał zespołu eksplodował najmocniej. Już nigdy później nie było nawet w ułamku tak dobrze.

DOBRE I ZŁE LATA 90.

Dobre muzycznie, a złe… pod każdym innym względem. Kat od wczesnych lat był formacją złożoną z – mówiąc dyplomatycznie – trudnych postaci. Ścinające się charaktery Romana Kostrzewskiego i Piotra Luczyka to jedno, ale problemów było znacznie więcej. Zespół rozpadał się, potem wracał, a do tego podejmował szereg nieudanych decyzji biznesowych. Zwłaszcza w latach 90. nie mieli łatwo. Z jednej strony walczyli z tym, z czym prawie każdy Polak w tamtym czasie, czyli szalejącą inflacją i dzikim kapitalizmem. Z drugiej spędzili prawie całą drugą połowę tej dekady na sądowych bataliach z poprzednim wydawcą, Metal Mind Productions, który wydał trzy pierwsze płyty zespołu na CD – oczywiście bez wcześniejszego poinformowania, że coś takiego się wydarzy. Ale mieliśmy też jaśniejszą stronę tego wszystkiego. Właśnie w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku Kat był na najwyższym poziomie muzycznym. Nagrali „Bastard”, później dołożyli świetne „Ballady” (mimo że jest to kolekcja starych nagrań i pomysłów), a do tego zaczarowali słuchaczy„…Różami…”. Co prawda wydane w 1997 roku „Szydercze zwierciadło” jest zdecydowanie słabsze, lecz wciąż porządne. Tak wysokiego poziomu nie utrzymywał wtedy żaden polski metalowy weteran.

KOLOROWY PTAK

Każda z ikonicznych płyt Kata (licząc od trzech szóstek aż po omawiany tutaj krążek) wyróżniała się innymi rzeczami, o czym zdążyłem wspomnieć wyżej. Największą siłą „…Róż…” jest eklektyzm, ale nie tylko. Załoga z Katowic zrobiła coś nowego, korzystając ze starych wzorców. Istotne były tu więc doświadczenia nabrane dzięki technicznym zawijasom z „Bastard”, emocjonalności „Ballad”, a także hardrockowych początków – jeszcze sprzed premiery debiutu. Do tego zespół był ewidentnie na bieżąco z tym, co w trawie piszczało w 1996 roku, ponieważ to album bardzo współczesny, w ogóle się nie zestarzał. Potężne brzmienie z huczącymi bębnami i ryczącymi gitarami robiło ogromne wrażenie trzydzieści lat temu i teraz również robi. Ale bez odpowiednich piosenek nawet wysmakowana produkcja byłaby bez znaczenia. Czego tu nie ma?! Są klasycznie thrashowe strzały w postaci wybitnego otwieracza „Odi Profanum Vulgus” czy nieco mniej docenianego „Strzeż się plucia pod wiatr”. Szukacie doomu i riffów człapiących jak kondukt pogrzebowy w listopadowy poranek? Tu z pomocą przychodzi „Płaszcz skrytobójcy” czy zwijający to wszystko do trumny „Szmaragd bazyliszka”. Do tego mamy też skrajnie dziwaczne osobliwości rzędu „Stworzyłem piękną rzecz” (riff ze „Smoke on the Water” grany na grzebieniu, przypominam!) oraz moment, gdy jakikolwiek Polak znalazł się najbliżej Type O Negative, czyli oczywiście „Purpurowe gody”. Jest tu dużo różności i prawie każda brzmi niezawodnie.

ROMAN KOSTRZEWSKI 

Czas na kontrowersyjną tezę: uważam, że Roman Kostrzewski nie był jedyną najważniejszą postacią w Kacie. Razem z nim tę funkcję zawsze dzielił Piotr Luczyk. Można (całkiem słusznie) nienawidzić tego drugiego i nabijać się z koszmarnych płyt grupy wydanych wyłącznie pod jego kierownictwem… Ale Romek również nie radził sobie za dobrze bez popularnego Luczyfera u swego boku. Ci dwaj idealnie się uzupełniali, co słychać m.in. na „…Różach…”. Dlaczego wymieniam więc tylko jednego z nich? Ponieważ w przypadku tej płyty to on lśnił najmocniej – najczęściej w dobry, lecz czasami także w zły sposób. Przede wszystkim nagrał swoje wokale życia. Radzi sobie zarówno w mrocznych inkantacjach, nawiedzonym ryku, jak też bardziej subtelnych, śpiewanych partiach. Niestety lirycznie zdarzały się mu momenty bardzo dyskusyjne, których nie było na poprzednich płytach. Cały tekst do „Stworzyłem piękną rzecz” sprawia wrażenie zbyt daleko posuniętego żartu – zwłaszcza przy fragmencie o „grusze chowanej w majtach”. Podobnie oczami wywracam przy „Słodkim kremie” i linijkach: „Słodki krem / Jaki dziwny jego smak – to pleśń”… No cóż. Co ciekawe, gdy Kostrzewski wznosił się na wyżyny, nie miał sobie równych, zwłaszcza w „Wierzę” czy „Płaszczu skrytobójcy”. Niepowtarzalna postać. 

KAT > RESZTA

Wiem, że sprowadzanie poważnego artykułu do clickbaitowego operowania znakami nierówności może być tanim ruchem, ale to sama prawda. Żebyśmy mieli jasność: mówię tu tylko o weteranach, zespołach z pokolenia Kata. Lata 90. to świetny czas dla masy młodych black/deathmetalowych załóg w naszym kraju (nie mówiąc o reszcie świata), lecz kapele odnoszące największe sukcesy w poprzedniej dekadzie nie radziły sobie najlepiej. Jak wspomniałem, nawet w tamtym czasie Kat był od nich lepszy, lecz pod koniec XX wieku rozjazd klas był aż zbyt widoczny. W ostatnich momentach poprzedniego tysiąclecia Turbo zdążyło się rozlecieć, a przedtem zaliczyć bardzo nieudany romans z death metalem. Z kolei taki Dragon wydał jedną z największych abominacji w historii polskiej muzyki, czyli „Twarze”. Do tego rok przed „Bastardem” ukazała się druga płyta nieintencjonalnych komediantów z Destroyers, czyli „The Miseries of Virtue”, która w najlepszych momentach brzmi średnio. Jasne, pewnie nie wszyscy się zgadzają, może znajdzie się nawet ktoś gotowy bronić chociażby Wilczego Pająka, przy czym fakty są jasne – bohaterowie tego tekstu ich pożerają. Gdy reszta spędziła lata 90. na wegetowaniu i podejmowaniu wątpliwych wyborów artystycznych, te legendy stworzyły absolutne klasyki polskiej muzyki gitarowej w kategorii open. Nikt im tego nie odbierze.

„…Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach” to ostatni przejaw wybitności, jaki mieli w sobie Roman Kostrzewski i Piotr Luczyk. Wydane rok później „Szydercze zwierciadło” było już tylko niezłe, a płyty Kata bez Romana (podobnie jak działalność studyjna Kata & Romana Kostrzewskiego) nie są zbyt wiele warte. Bywa. Ale nie ma tego złego, bo zawsze możemy wrócić do klasyków, które – jak w tym przypadku – są trwalsze niż spiżowe pomniki. 

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas