Acidsloth startowali z niecki psychodelizującego stoner rocka, który miał potencjał, lecz nie był najbardziej zapamiętywalną muzyką na świecie. Meandrowanie po psychoaktywnym świecie wychodziło im nieźle, natomiast – mówiąc brutalnie – nie wyróżniali się. Szybkie przejście w kierunku doomowo-sludge’owego walcowania zrobiło im znacznie lepiej. Objawiło się to zwłaszcza za sprawą zeszłorocznego eponimicznego krążka, który co prawda nie jest najbardziej wyjątkowy na świecie, ale spełnia swoje zadanie, czyli brzmi jak oberwanie taczką cegieł. „IV” to niby kontynuacja tej zabawy, a jednocześnie coś jeszcze innego.

Z jednej strony Acidsloth utrzymują z góry obrane pozycje. Już od wejścia ciskają w słuchacza riffami brzmiącymi jak najsurowsze numery The Ocean przefiltrowane przez nowoorleańską siermięgę. Z drugiej – kombinują więcej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza w „Drown” czy „Open” do głosu dochodzą postmetalowe fascynacje (kłania się chociażby stare Cult of Luna) zespolone z maksymalnym ciężarem. Ale to nie koniec, bo po drodze pojawiają się różne niespodzianki, jak chociażby chwilowy crustpunkowy zryw w „Steel”, który przypomina o najintensywniejszych jazdach Eyehategod. Bardzo dobre wrażenie robi niemal altrockowe wejście w „Lies”, które bez ostrzeżenia przeskakuje w sludge’owy black metal. Słowem: dzieje się dużo i dzieje się dobrze. Według samego zespołu emocje przelane na tę muzykę pozwoliły im uciec od szaleństwa. Zupełnie w to wierzę.
„IV” to zdecydowanie odpowiednia pozycja zarówno dla tych, którzy w metalu lubią samą siarę, jak też bardziej przygodowe rejony. Acidsloth zdecydowanie dali sobie radę. Kto wie, skoro tak się zmieniają, to może na następnej płycie zaproszą nas do tańca…
Łukasz Brzozowski
(Interstellar Smoke, 2026)
zdj. materiały zespołu