Miłość, katastrofa nuklearna i mleko, czyli historia „Climax” Beastmilk

Dodano: 03.07.2026
Mieli potencjał na stanie się pupilkami zarówno alternatywy, jak i metalowców, ale ich gwiazda zgasła zanim na dobre rozbłysła. Na szczęście jedyny album Finów wciąż działa i porywa do tańca.

Wszystko zaczęło się od… Fenriza z Darkthrone. Gdy w ramach autorskiego bloga „Band of the Week” norweski metalowy guru zaprezentował światu pierwsze demo Beastmilk, karuzela rozkręciła się w szybkim tempie. Chwilę później pojawiła się EP-ka, a po niej właśnie „Climax”, a kiedy wszystkim wydawało się, że mleczne stwory z Helsinek podbiją główny nurt, sami zamknęli drzwi i nie otworzyli ich nigdy później. Z jednej strony szkoda, z drugiej – szanuję to. Ale dlaczego właściwie wytworzył się mikrohype dookoła tego albumu? Sprawdźmy.

PEŁEN TESTOSTERON

Możemy cmokać nad zawartością „Climax” z wielu powodów, ale najważniejszym jest energia. Te naładowane miłością i nieuchronną śmiercią wywołaną katastrofą nuklearną numery ociekają wigorem. Nawet bardziej klimaciarskie „Ghost Out of Focus” czy „Strange Attractors” mają w sobie pewien niedefiniowalny rodzaj nerwu, który umyka wielu bardziej plumkającym postpunkowcom. W przypadku nordyckich wieszczów apokalipsy plumkanie nie wchodziło w grę. Wyobraźcie sobie Interpol z debiutu, który wypił cztery dzbanki kawy, dodajcie do tego wczesne Misfits, Samhain i trochę songwriterskiego sprytu z „Pink Flag” Wire – tak właśnie brzmi debiut Beastmilk. Jednocześnie nie jest to wyłącznie suma składowych z powyższej listy, tylko bestia twardo stojąca na własnych nogach. Są bardziej gotyccy niż każdy z wymienionych zespołów, mają w sobie więcej ciężaru (zaczerpniętego oczywiście z metalu), a ich koncept łączący seks, strach, kostuchę i potrzebę bliskości brzmi jak coś zupełnie osobnego, mimo że z pozoru nie wydaje się niczym nowym. Tak właśnie tworzy się klasyki.

PRZEBOJE

W 2013 roku ukazało się parę postpunkowych perełek od góry do dołu wypełnionych hitami. Tutaj do głowy przychodzi chociażby „Silence Yourself” Savages czy „You’re Nothing” Iceage – „Climax” bywało porównywane do drugiej z tych płyt i faktycznie czuję pewien pierwiastek je łączący. W obu przypadkach żar łączy się z umiejętnością pisania wpadających w ucho numerów. Co prawda Beastmilk są nieco bardziej zwarci, podczas gdy Duńczycy totalnie odjeżdżają w punkową ekspresję, ale to nie problem. „Climax” ma tę właściwość, że z miejsca zostaje w głowie. To ten jeden przypadek, kiedy wszystkie czynniki ułożyły się we właściwej konstelacji, dlatego kompozytorsko mucha nie siada. Trudno nie zakochać się w tym patetycznym refrenie „Wind Blows Through Their Skulls”. Fraza „śmierć odbija nas w swym lustrze” z utworu otwierającego to idealna opcja do nucenia przy losowych czynnościach. „Genocidal Crush” jest wręcz książkowo rozegranym hitem, zwłaszcza z tym wyciszeniem w środku, a „Love in a Cold World” to przepiękny hymn o zasugerowanej w tytule mocy większej od czegokolwiek innego. Po prostu ideał.

CO DALEJ?

Po premierze „Climax” Beastmilk złapali pana Boga za nogi. Płyta zbierała bardzo ciepłe recenzję. Za swoją uznali ją zarówno metalowcy rozkochani w ekstremie, jak i fani bardziej zwiewnych rockowych form, bo w jakiś sposób łączyła oba światy. Z metalowej krypty Finowie (a konkretniej: Kvohst) brali śmiercionośne wątki i generalnie mroczną tematykę, a z nie-metalu oczywiście melodie, songwriting oraz umiejętność grania dynamiką. To niesamowite, że załoga prawie wbiła się na szerokie wody z materiałem po równo tak chwytliwym i tak undergroundowym. Ale właśnie – prawie. Gdy wszystko szło we właściwym kierunku, gdy na stole leżały już podpisane papiery z Sony Music, Beastmilk się rozleciało. Grupę w niemiłych okolicznościach opuścił gitarzysta, Johan Snell (twórca zdecydowanej części materiału), więc reszta kapeli uznała, że bez niego kontynuować nie będą. Na przełomie 2014 i 2015 roku Finowie oficjalnie odwiesili kluczyki w portierni. Goatspeed – czyli Snell – zapadł się pod ziemię, nagrywając wyłącznie jedną płytę z Rainbowlicker i EP-kę z Hello Black Hole. Reszta załogi dokonała przebranżowienia, zakładając Grave Pleasures. Tyle, po zabawie.

JEDYNE TCHNIENIE GENIUSZU

To zabawne, że Beastmilk świetnie działał jako kolektyw złożony z utalentowanych muzyków, ale ci utalentowani muzycy nie byli w stanie uzyskać podobnego poziomu maestrii w oderwaniu od tego szyldu. Najbliżej był Kvohst – i to jeszcze przed „Climax”. Świetnie poradził sobie chociażby na „Supervillain Outcast” czy „Resplendent Grotesque” Code, lecz poza blackmetalowym uniwersum nie zawsze było tak kolorowo. Hexvessel balansował i balansuje między rzeczami bardzo dobrymi a średnimi, Grave Pleasures podobnie, przy czym ich ostatni album, „Plagueboys”, to kawał dobrego, klimaciarskiego deathrocka. Z kolei najnowszy projekt artysty, czyli Scorpion Milk, brzmi jak definicja przeciętności… No cóż. Jeszcze gorzej było ze Snellem. Hello Black Hole to coś w stylu „mamy Beastmilk w domu”, a próba ubrania tego uniwersum w bardziej altrockowe brzmienie nie skończyła się sukcesem. Podobnie z bardziej EBM-owym Rainbowlicker – propozycja z gatunku „fajne, ale nie rób więcej”. Los bywa bardzo brutalny, takie życie.

Tym niemniej „Climax” dalej się broni i dalej porywa. Odpalcie sobie tę płytę, nalejcie szklankę mleka (tak, sojowe też będzie OK) i popatrzcie przez okno, wizualizując sobie nagły koniec świata. Idealny plan na weekend!

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas