Atakowali każdego – nie było chyba grupy społecznej, która uchroniła się od ich fali bluzgów i oszczerstw. Anal Cunt pod wieloma względami kojarzyło się jako skrajnie zabawowy i durnowaty zespół. Oczywiście nie jest to błędna klasyfikacja, lecz przy całej głupocie nagrywali po prostu fajne płyty. „I Like It When You Die” to prawdopodobnie ta najlepsza.
NIESPRAWIEDLIWA OCENA
Gdy spoglądam na średnią ocen wszystkich płyt Anal Cunt na Rate Your Music lub analizuję nad wyraz krytyczny stosunek recenzentów do ich twórczości, przecieram oczy ze zdumienia. Jasne, ofensywne do granic przesady poczucie humoru Setha Putnama nie musi podobać się każdemu, ale muzycznie większość z tych płyt była naprawdę udana. Wiadomo, że jeśli gustujecie raczej w klasycznym metalu, nie polubicie się z nimi za bardzo, natomiast każdy, kto przepada za grindowymi odjazdami i towarzyszącym im szałem, z pewnością doceni zawartość „I Like It When You Die”. Wiadomo, że zdecydowaną część krążka obejmuje oszalały łomot bez najmniejszych objawów litości, lecz jest w nim metoda. Poza tym nie brak tu drobnych niuansów. „Jack Kevorkian Is Cool” startuje od sludge’owo-doomowego riffu w tradycji nowoorleańskiej, a na przykład „Your Bands in the Cut Out Bin” to nie tylko hałaśliwa blastownia, ale także hardcore-punkowy d-beat w najlepszym wydaniu. Niemal streetpunkowe chórki w „You Play on a Softball Team” również trafiają w sedno. Pomijam w tym wszystkim takie bzdury jak zdeformowany romantyzm coveru „Just the Two of Us”, gdzie nawet śpiewająca gościnnie Hillary Logee nie wytrzymuje ze śmiechu. Rozumiem ją.
DURNOTA DO KWADRATU
Oprócz, jak wspomniałem, zupełnie fajnej zawartości muzycznej Anal Cunt składa się z samej głupoty. Nigdy, dosłownie na żadnym etapie twórczości załoga z Newton nie przemycała nawet cienia powagi. Gdy w takim „311 Sucks” przez dobrych kilkanaście sekund parodiują rapcore, można pomyśleć, że w ich przypadku robienie sobie jaj dosłownie nie ma końca. I wiecie co? To bardzo dobrze! Czasami spotykam się z zarzutami, że niektórzy czują się oburzeni zawartością liryczną muzyki zespołu i jej skrajnie wulgarnym charakterem. Szczerze przyznam, że tego nie rozumiem. Wystarczy spędzić z tymi numerami parę minut, by złapać, iż są karykaturalne do sześcianu. Słowem: trzeba mieć naprawdę kruche ego i przesadnie wrażliwą duszyczkę, by się na nich dąsać. Jasne, Seth Putnam z kolegami bardzo często przesadzają (vide: „You Got Date Raped”), ale jest to przesada w stylu klasowego zgrywusa, który nie zna granic, a nie podłego socjopaty. Gdy widzę tak urocze tytuły jak „Your Best Friend Is You”, „Ha Ha Your Wife Left You” czy „No, We Don’t Want to Do a Split Seven Inch with Your Stupid Fucking Band”, od razu mam lepszy humor. Na potwierdzenie polecam zapoznanie się z poniższą poetycką perełką.
NAJLEPSZE TEKSTY NA ŚWIECIE
To poniekąd rozwinięcie poprzedniego akapitu, ale nie mogłem sobie darować. Teksty Setha Putnama są dla mnie jedną z najważniejszych, najlepszych, a przede wszystkim najzabawniejszych składowych Anal Cunt. Ilekroć zabieram się za ich lekturę, czuję się najcudowniej na świecie. Wystarczy prześledzić, jak to wyglądało na „I Like It When You Die”. Pierwszym dobrym przykładem jest „You Have Goals” z linijkami: „Chcesz posiadać dom / Chcesz mieć dzieci / Jeśli to twoje cele / To jesteś, kurwa, głupi”. Prawda, że piękne? A podobnych skarbów jest jeszcze więcej – celowo szukam tych z najmniejszą liczbą bezeceństw na metr kwadratowy. Dobrze prezentuje się też „You (Fill in the Blank)”, w którym zespół sam zaprasza do stworzenia tytułu piosenki, a w tekście głosi: „Jesteśmy tacy durni / Nie mamy do powiedzenia nic nowego / Piszemy tę samą piosenkę 30 razy dziennie / O tym, jak bardzo jesteś pizdą, debilem lub gejem / Ale i tak będziemy je pisać”. Nie znam drugiego tak świadomego artystycznego oświadczenia, czapki z głów. Jest też świetny „Kylie from Incantation Has a Mustache”, w którym sam zainteresowany mówi nam przez telefon, że nazywa się Kyle, gra w Incantation i ma wąsa. Jak tu ich nie kochać?
DALSZE LOSY
W kolejnych latach Anal Cunt nie zwalniali z prymitywizmem. Dosłownie rok po „I Like It When You Die” wydali „Picnic of Love”, czyli łzawą i właściwie niesłuchalną parodię folkowych singer-songwriterów śpiewających o uczuciach. W wydaniu Putnama i spółki wyszedł z tego szereg naiwnych, karykaturalnie łzawych kawałków, w których Seth fałszuje, aż uszy bolą, a reszta zespołu generuje najbardziej generyczne akustyczne podkłady, jakie możecie sobie wyobrazić. Chwilę później nastąpił powrót do jazgotu, za sprawą adekwatnie zatytułowanego albumu „It Just Gets Worse”, a w 2011 roku ukazał się „Fuckin’ A”, czyli ostatni krążek tej głupkowatej załogi, będący beką z klasycznie heavymetalowych klisz. Z reguły, gdy zespoły kręcące się w okolicach metalu czy ekstremalnego punka, próbują robić zabawne rzeczy, niekoniecznie im się udaje, bo stają na głowie, by pokazać, jak śmieszne potrafią być. W przypadku Anal Cunt problem nie istnieje, ponieważ ich doprowadzone do absurdu pajacowanie broni się samo w sobie. Czasami nie trzeba się specjalnie starać. Wystarczy zlew nonsensu, jaki ma się w głowie.
Jak wiadomo, Anal Cunt rozpadło się w 2011 roku po nagłej, ale możliwej do przewidzenia śmierci Setha Putnama wywołanej atakiem serca. Cóż, nasz milusiński nie prowadził się zbyt zdrowo, mówiąc najłagodniej – i tak wytrzymał całkiem długo, bo 44 lata. Z kolei gitarzysta grupy, Josh Martin, odmeldował się w 2018 roku wskutek upadku z ruchomych schodów. Przykra sprawa, ale przyznacie, że to śmierć godna kogoś, kto spędził długi czas w tej kapeli. Seth i Josh są już po drugiej stronie, lecz pamięć o nich nie gaśnie, właśnie dlatego polecamy maraton z „I Like It When You Die”!