Emo z początku stulecia było pierwszą cyfrową subkulturą, która wykiełkowała na profilach nieodżałowanego MySpace’a. Jednego z nielicznych miejsc, gdzie młode zespoły mogły wówczas udostępniać swoją muzykę bez konieczności przypodobania się mediom albo wydawcom. Z tak samo opisywaną muzyką z połowy lat 80. łączyła ją introspekcyjna perspektywa i śpiewanie o osobistych udrękach, ale pod względem brzmieniowym nastąpiło zdecydowanie przesunięcie z hardcore punka w okolice pop punka naszprycowanego melancholijnym nastrojem.
Powab tej estetyki okazał się na tyle mamiący, że nie tylko miesiąc w miesiąc wydawała na świat coraz więcej nowych zespołów, ale też zachęcała istniejące na zmianę wizerunku i brzmienia. Autorami najbardziej spektakularnych i zaskakujących metamorfoz były mające już bogaty dorobek AFI i Green Day, ale wymienić można również Alkaline Trio, Saves the Day, Thrice, Jimmy Eat World czy uchodzący niemal za synonim nurtu My Chemical Romance, który zaczynał od bardziej surowego i agresywniejszego grania. Komercyjny sukces tej muzyki, a nawet bardziej pofarbowanych na czarno grzywek i paznokci, odstraszył część dawnych, stawiających zarzut o „sprzedanie się” słuchaczy. Coś faktycznie było na rzeczy, bo stopniowo coraz więcej osób ustawiało się w kolejkach po nowe ubrania, niż po nowe płyty, a taśmowo produkowane pioseneczki romantyzujące depresję i samobójstwo zaczęły stanowić realne zagrożenie dla zafascynowanych nimi dzieciaków.
Kiedy Tokio Hotel debiutował w 2005 roku albumem „Schrei”, emo było u szczytu popularności. MTV grało na okrągło Fall Out Boy, Taking Back Sunday czy debiutujący w tym samym okresie Panic! At The Disco, a stereotypowy wizerunek odbiorcy tej muzyki zdążył utrwalić się w popkulturze. Bill Kaulitz, lider niemieckiego zespołu, był nie tylko jego doskonałym odwzorowaniem, ale wręcz spotęgowaniem do rozmiarów, które dwie dekady później wydają się niemal karykaturalne. W moim gronie znajomych (roczniki z połowy lat 80.) poziom niechęci do tego tworu przewyższał nawet pogardę żywioną do Nickelback. Wydawało się to pozbawionym autentyczności produktem stworzonym na zamówienie wytwórni według opracowanego przez speców od marketingu projektu tylko po to, by wycisnąć z młodszych nastolatków (i pośrednio ich rodziców) jak najwięcej pieniędzy.
Częściowo jest to zgodne z prawdą. Błyskawiczna droga na szczyt została starannie zaplanowana, opakowana i sfinansowana przez Universal Music. Wytwórnia postawiła na agresywny marketing, w centrum którego znajdowało się eksponowanie androgynicznej estetyki zespołu oraz kontrastujących osobowości bliźniaków – Billa i Toma. Tokio Hotel nie zostało jednak od początku do końca wykreowane przez panów w garniturach, jak The Monkees, Backstreet Boys albo One Direction. Bracia, wraz z perkusistą Gustavem Schäferem i basistą Georgiem Listinem, od 2001 roku grali razem pod nazwą Devilish i szukali szczęście między innymi w różnego rodzaju popularnych wówczas talent show. Billowi udało się solo dwa lata później, gdy dotarł do ćwierć finału „Star Search” i trafił pod skrzydła producenta Petera Hoffmanna. To on odpowiada za zmianę nazwy i brzmienia grupy, a także – wespół z kilkoma innymi producentami – za cały repertuar z debiutanckiego albumu „Schrei”. Chociaż więc zjawisko „Tokio Hotel” zostało w dużym stopniu wygenerowane „laboratoryjnie”, jego korzenie, a także jego specyficzny wizerunek, wzięły się ze szczerej potrzeby czterech dwunasto-czternastolatków z Magdeburga.
Żaden z nich nie był jednak zainspirowany ani My Chemical Romance, ani tym bardziej Rites of Spring. Bill zasłuchiwał się w rodakach z Rammstein i The Cure, a Tom w twórczości niemieckiego rapera Koola Savasa. Próżno jednak szukać w muzyce Tokio Hotel odniesień do któregokolwiek z nich. Po raz pierwszy od deski do deski, z dużą uwagą i bez sentymentu, przesłuchałem ją dopiero teraz i okazała się dzielić na dwie wyraziste epoki z etapem przejściowym pomiędzy nimi. Początek, album „Schrei”, to pop rock z popowym sznytem kompozytorskim i rockowym instrumentarium. Cierpi w dodatku na powszechną wówczas przypadłość – jest długi, ale poza mocnymi singlami, w ofercie ma niemal wyłącznie miałkość i powielanie tych samych pomysłów.
Najskuteczniej bronią się utwór tytułowy i „Durch den Monsun”. Pierwszy za pomocą mocnego i szybko zapadającego w pamięć riffu, tanecznego groove’u i wyraziście skontrastowanych rozemocjonowanych zwrotek z gniewnym i chwytliwym refrenem. Aż trudno uwierzyć, że nie powstał jeszcze żaden „duży” cover tego kawałka. To na tyle solidna kompozycja w swojej konwencji, że takie postacie jak z jednej strony Yungblud albo Poppy, a z drugiej zespoły pokroju Static Dress czy Fleshwater mogłyby z niego wycisnąć cały potencjał. Być może nazwa „Tokio Hotel” wciąż jest jednak zbyt radioaktywna, by ktokolwiek odważył się ją tknąć.
Najpopularniejszy w dorobku grupy „Durch den Monsun” to z kolei klasyczna ballada bazująca na silnej reakcji emocjonalnej słuchaczy, intensyfikująca się w drugiej połowie, molowa, skonstruowana na metrum 4/4. Krótko pisząc, banał, ale skutecznie zrealizowany, czego nie można napisać o kolejnych dwóch singlach. „Rette mich” powstał według mniej więcej tego samego przepisu. Głównym narzędziem jest tym razem gitara akustyczna (świetnie zresztą zmiksowana, z podkreśleniem ludzkiej ręki szarpiącej za struny, zamiast sterylnej perfekcji), w tle słychać dodatkowo smyczki i klawisze, a poziom dramaturgii wzrósł do tak kolosalnych rozmiarów, że ociera się o kicz. W „Der letzte Tag” nie udało się już nawet ukryć, że na konsolecie w studiu musiała przez całą sesję leżeć wysłużona receptura na radiowy teen-pop z doklejonymi przesterowanymi gitarami. Znacznie lepszy jest chociażby niesinglowy „Laß uns hier raus”, gdzie Bill w wysokich rejestrach wypada wprawdzie fatalnie, ale przemawia to na jego korzyść, bo wydaje się bardziej wiarygodny.
Na tym jednym albumie – wbrew przekonaniu wielu osób – działalność niemieckiego zespołu nie zakończyła się. Dwa lata później wydał „Zimmer 483” i wyśrubował podobny wynik sprzedażowy (około półtora miliona egzemplarzy). Nie ma na nim równie mocnych melodii, ale nie ma też „zapychaczy”. To bardziej przemyślany i zróżnicowany materiał, z ciekawszą warstwą instrumentalną i tekstami wykraczającymi poza trywializmy z pamiętniczka emo-nastolatka (na przykład „Vergessene Kinder” porusza temat samotnych, zmarginalizowanych dzieci dorastających w skrajnym ubóstwie), a w dodatku głos Billa po mutacji jest pełniejszy i porusza się po szerszym spektrum rejestru.
Według żadnej miary nie jest to album wybitny albo oryginalny (czerpie z tego, co wcześniej i lepiej wymyślili muzycy Silverchair albo HIM), ale hymniczny „Wo sind eure Hände”, nienaśladujący emo tamtych czasów, tylko w pełni w ten nurt wpisany „Übers Ende der Welt” i przede wszystkim osadzony na znakomitym riffie gitarowym i niemal funkowym basie „Ich brech aus” to na tyle udane utwory, że gdyby znalazły się w repertuarze innego, niewyklętego zespołu, pewnie byłyby wymieniane jednym tchem obok „Sugar, We’re Goin Down” i „I Write Sins Not Tragedies”.
Brzemię stereotypu najwyraźniej zaczynało zespołowi coraz bardziej ciążyć, bo w 2009 wydał album „Humanoid”, okraszony paskudną, ale symbolizującą zwrot w kierunku elektroniki okładką. To nie była zmiana tak drastyczna jak u Thirty Seconds to Mars na „Love Lust Faith + Dreams”, ale znacząca. Syntezatorom i vocoderowi wciąż towarzyszyło klasyczne rockowe instrumentarium, a na single wybrano bezpieczne, bliskie wcześniejszemu stylowi „Automatisch” i „Lass Uns Laufen”. Niezbyt zachęcające, ale stamtąd, gdzie muzycy odważniej zrywali z przeszłością wyłaniało się kilka zaskakująco udanych pomysłów. Ponure, niemal mansonowe zwrotki „Für immer jetzt” (szkoda, że sparowane ze skocznym refrenem), zahaczające o depechową estetykę z lat 80. „Menschen suchen Menschen” i najlepszy na albumie „Komm”, który po kilku dodatkowych zabiegach mógłby się znaleźć na „Host” Paradise Lost, najdobitniej pokazują, że ci młodzi ludzie nie obawiali się podjąć ryzyka.
W 2014 wywinęli jednak Jareda Leto i po przeprowadzce do Los Angeles przeszli całkowitą metamorfozę. Na „Kings of Suburbia” zanurzyli się w EDM-ie i porzucili wizerunek z plakatów z „Bravo”, a wraz z nim rockowe naleciałości i teksty w języku niemieckim. Dawna publiczność nie przyjęła tej wolty dobrze, ale pojawiło się tak wiele nowej, że po dziś dzień właśnie to wydawnictwo Niemców zarobiło najwięcej pieniędzy. Jak to jednak często bywa, wzrost wpływów na koncie jest wprost proporcjonalny do obniżenia jakości muzyki…
Tak już zostało. Z lekką korekcją brzmienia na „Dream Machine” i „2001” w kierunku syntezatorowego retro i raczej chilloutu niż parkietu. Zespół po raz pierwszy przejął całkowitą władzę nad kierunkiem artystycznym w zakresie i produkcji, i kompozycji (za które odpowiada Tom), a Bill odkrył znacznie więcej wokalnych możliwości, niż można było się po jego nastoletnim okresie spodziewać. Na drugim z tych albumów znalazła się w dodatku funk-popowa wersja „Durch den Monsun”. Całkiem udana, a takie transformacje po latach rzadko się sprawdzają, ale jak na ironię kiedy już Tokio Hotel w końcu zerwało z emo-przeszłością, jego już dorosła publiczność zaczęła ulegać coraz silniejszej nostalgii. Tęskno jej do tych wymalowanych młodzieńców śpiewających o trudach dorastania.
Album „Encore”, którego premierę zaplanowano na 16 października, według zapowiedzi ma być próbą stworzenia pomostu pomiędzy dawnym a nowym wcieleniem grupy. Czy tak faktycznie będzie, po przesłuchaniu sterylnie wyprodukowanych singli można powątpiewać, ale kto szuka prawdziwego połączenia starego z nowym, powinien wybrać się na koncert. Na scenie Tokio Hotel w pełni dowodzi, że chociaż dla każdego jest czymś innym, może też być tym wszystkim jednocześnie.
Jarek Kowal
zdj. materiały zespołu