Czy w 2003 roku Nevermore naprawdę stali się wrogami rzeczywistości?

Dodano: 03.11.2026
Powermetalowcy z Seattle mieli wiele twarzy w ciągu obfitej kariery. Na „Enemies of Reality” zaprezentowali tę najwścieklejszą.

Niedługo przed premierą piątej płyty Nevermore dziennikarz niemieckiego „Rock Hard” zapytał zespół, czy uważają się za wrogów rzeczywistości. Basista Jim Sheppard odparł: „Warrel (Dane, wokalista – red.) tak – my jesteśmy raczej normalni”. Ta żartobliwa odpowiedź ma więcej wspólnego z prawdą niż można by przypuszczać. Nieodżałowany frontman amerykańskiej grupy zawsze działał na przekór wszystkiemu i to w dużej mierze dzięki niemu zespół był tak charakterystyczny. Ale po kolei. 

UCH – JAK GORĄCO! PUFF – JAK GORĄCO!

Nevermore zawsze byli trudnym do sklasyfikowania składem. Najprościej wrzucić ich do worka z napisem „US power metal”, ale przecież to znacznie cięższa i intensywniejsza muzyka niż Helstar, Metal Church czy nawet Sanctuary, na gruzach którego wyrośli. Na thrash są zbyt mocarni i złożeni. Na progmetal zbyt treściwi. „Enemies of Reality” to jeden z licznych dowodów ich otwartości na zmiany stylistyczne. Wydany w 2003 roku krążek grupy to najwścieklejsze i najbardziej agresywne, co zrobili. Momentami – chociażby w „Ambivalent” czy quasi-balladowym „Who Decides” – zahaczają wręcz o rejony deathmetalowe. Nawet największe hity z tego albumu to stuprocentowy gniew bez zmiękczania i zwalniania. Numer tytułowy czy „I, Voyager” ukazują esencjonalny styl kwintetu, lecz podkręcony jeszcze wyżej, jeszcze mocniej, zaprezentowany z jeszcze większą werwą. Warto zaznaczyć, że muzycy Nevermore byli wtedy po trzydziestce i czterdziestce, więc mimo młodości za sobą nie tracili ikry. Tak to się robi, Drodzy Metalowcy.

NIE TYLKO MORDOBICIE

Nawet mimo tego, że „Enemies of Reality” to najbrutalniejszy album Nevermore, załoga z Seattle nie ograniczała się wyłącznie do zatłuczenia słuchacza na śmierć. Jeff Loomis i Warrel Dane byli zdecydowanie zbyt dobrymi, pełnymi inspiracji muzykami, by postawić wszystko na jedną kartę. Właśnie dlatego z jednej strony na płycie mamy thrashowy sprint w postaci „Seed Awakening”, ale też przejmujące „Tomorrow Turned Into Yesterday”. Drugi z wymienionych utworów to niedoceniona perełka w katalogu Amerykanów. Mówimy o raczej spokojnym numerze (z obowiązkowym punktem kulminacyjnym w refrenie), który z pozoru nie brzmi spektakularnie, lecz szybko łamie serce. Swoje robi tu heroiczna robota wokalna Dane’a, który nie musiał się popisywać ani stawać na palcach – jego baryton i emocjonalna ekspresja w zupełności wystarczyły. Do tego dochodzi wspomniane już „Who Decides”, gdzie złapano równowagę między rozjuszonym metalowym galopem a niemal kołysankową melodią przewodnią. Nie zapominajmy o „Create the Infinite” z tym heavymetalowym groove’em podrasowanym pod standardy XXI wieku. Moc!

WARREL DANE

Absolutna gwiazda tej płyty. Technicznie można powiedzieć tak o każdym materiale Nevermore. Jednak na – ciekawostka – dedykowanym zmarłemu rok wcześniej Chuckowi Schuldinerowi „Enemies of Reality” ten ponadprzeciętny wokalista lśni najjaśniejszym blaskiem. Mimo heavymetalowego backgroundu i maniery odwołującej się nierzadko do bardziej oldschoolowych wzorców Warrel Dane bez problemu wpasował się w szalenie intensywny krajobraz omawianego tu materiału. Nie musiał growlować, nie musiał niczego udawać – po prostu dostosował swoje firmowe partie do charakteru muzyki. Jego histeryczne zawodzenia w utworze tytułowym czy chyba najbardziej omijanym z całości „Never Purify” tylko podbijają dramaturgię płyty. No i teksty – Warrel zawsze miał do nich wielki talent. Z jednej strony dostajemy szumną deklarację z kawałka otwierającego: „Jesteśmy bezużytecznymi produktami ubocznymi bezdusznego mięcha / Wszyscy odeszliśmy, wszyscy wyśpiewujemy tę samą tragedię”. Z drugiej niemal metafizyczny „I, Voyager”: „Jestem wędrowcem / Skosztowałem rozkoszy ciała i umysłu / By dotrzeć do miejsca, w którym się znalazłem / W sile myśli, skupienia i świadomości”. Wymieniać można by długo. Linijki Dane’a w ogóle się nie starzeją.

BRZMIENIE

W momencie premiery „Enemies of Reality” wzbudziło mieszane reakcje. Nie chodziło o muzykę, lecz produkcję. Odpowiedzialny za ten aspekt płyty Kelly Gray miał praktycznie zerowe doświadczenie w kwestii pracy z muzyką, którą Nevermore mu zaserwowali. Amerykański producent współpracował wcześniej z Dokken czy Queensrÿche, czyli grupami operującymi znacznie lżejszymi środkami wyrazu niż ekipa z Seattle. Biedak chyba nie wiedział, jak się za to zabrać, dlatego brzmienie „Enemies of Reality” jest niewyraźne, brudne, błotniste i muliste. Fani wykarmieni chociażby na klinicznie czystym „Dead Heart in a Dead World” nie byli na to gotowi. Właśnie dlatego dwa lata później Andy Sneap poddał album gruntownemu remiksowi i remasterowi. Uważam, że pierwotny kształt krążka jest jednak dużo lepszy. Ukręcenie tych kawałków w tak narowisty, nieprzyswajalny sposób idealnie oddaje jej charakter. Materiał źródłowy jest surowy, więc musi brzmieć nieprzyjemnie. Metal to przecież nie przelewki. W wypolerowanej i wypieszczonej wersji Sneapa „Enemies of Reality” traci wiele atutów, ale co ja tam wiem…

Odpowiadając na pytanie z tytułu artykułu: nie stali się. Fani jojczyli na produkcję, lecz „Enemies of Reality” spotkała się z ciepłym odbiorem, a numer tytułowy czy „I, Voyager” do teraz są stałymi elementami koncertowych setlist zespołu. Czy Nevermore zagra oba wymienione numery i coś jeszcze z tego krążka podczas warszawskiego koncertu 4 maja? Trzymamy kciuki!

Łukasz Brzozowski

Bilety na koncerty Nevermore oraz płyty zespołu kupicie TUTAJ.  

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas