Jak debiut Comy broni się po latach?

Dodano: 27.10.2026
Wyszydzani, wykpiwani, przez niektórych uznawani za jedno z najgorszych zjawisk w historii polskiej muzyki… Coma zawsze budziła kontrowersje, a jeden z punktów zapalnych stanowi ich kanoniczny już pierwszy album. Ale jaki on jest – faktycznie taki zły czy niekoniecznie?

W najprostszej opcji karierę Comy można podzielić na dwa etapy: zasadniczy i poszukujący. Do pierwszego worka wrzucamy wszystkie materiały od „Pierwszego wyjścia z mroku” aż do „Czerwonego albumu”. Oczywiście są to płyty od siebie różne, ale jednak podzielające wiele istotnych elementów. Zespół zahacza na nich o nu-metal czy metal alternatywny, chętnie przyznaje się do inspiracji Pearl Jam, sięga także po – wtedy – bardzo nowoczesnego rocka spod znaku Audioslave i generalnie gra mocniej niż lżej. To ten okres fani grupy cenią sobie najbardziej, wskazując przede wszystkim debiut jako najmocniejszy krążek z tego przedziału. Druga era to z kolei wszystkie materiały od „2005 YU55” do „Snu o siedmiu szklankach”, na których zespół odpływa mocniej w kierunku indie rocka, ale także art rocka czy nawet popu. Mówiąc najdelikatniej, słuchacze zdecydowanie bardziej wolą „Pierwsze wyjście z mroku” od tych eksperymentów. Dlaczego?

ROCKMETALOWY SEN POLAKA

Cofnijmy się do wczesnych lat dwutysięcznych. Mocniejsza muzyka rockowa nie miała się w polskim głównym nurcie najlepiej. Hey odciął się od grunge’owych korzeni i przesunął się bliżej post-rocka (to akurat dobrze). Kult coraz mocniej mknął ku juwenaliowej komedii, która trwa do dzisiaj. Rozkwit przeżywały grupy traktujące rock jako jeden z elementów diety, a nie jej nadrzędny skład – od Lao Che aż po Happysad. W tym kontekście debiut Comy spadł fanom muzyki o metalowym posmaku z nieba. Na „Pierwszym wyjściu z mroku” nikt nie kombinuje za bardzo. Utwory są pomyślane w bardzo prosty, a przy tym efektywny sposób. Najczęściej dostajemy zwrotkę, w której wszystko rozgrywa się spokojnie, lecz po niej przechodzi eksplozja. Czy to rock, a może metal i odrobina grunge’u gdzieś w tle? Nieistotne – ważne, że zasada kontrastu została rozegrana przez Łodzian wzorowo, dlatego większość utworów z „Pierwszego…” to jedne z największych hitów zespołu. W ten sposób Coma zapełniła w naszym kraju niszę, którą wielu próbowało zapełnić w podobnym czasie, lecz – mówiąc brutalnie – mieli słabsze numery niż bohaterowie tego tekstu. O frontmanie już nie mówiąc.

PIOTR ROGUCKI

Teoria: gdyby nie on Coma, wiele by straciła. Albo inaczej – straciłaby absolutnie wszystko. Jasne, łódzcy idole przynajmniej jednego pokolenia studentów napisali furę hitów, o czym zaraz, ale to właśnie popularny „Roguc” dźwiga wszystko na swoich barach. Nie chodzi oczywiście o komponowanie piosenek od zera, lecz o samą postać. Wokalista zawsze wzbudzał kontrowersje. Polaryzujące były jego ruchy sceniczne, wokal, melodramatyczna maniera w bardziej emocjonalnych momentach utworów, a przede wszystkim teksty. Już na „Pierwszym wyjściu z mroku” dostajemy sporo przebłysków jego grafomanii. Oto szybki rzut oka na fragment „Sierpnia”: „Droga wymyka się spod stóp / Miasto przechyla się przez mrok / Meteoryty suną w dół / Rozmyła się w kolejną noc granica snu” – urocze. Ale jasne, możemy się śmiać, że młody Rogucki drażnił emfazą godną nadętego studenta z pierwszego roku filologii polskiej (starszy również), lecz w dobrych latach miał potężny głos i równie wielką charyzmę. Coma opierała i w dużej mierze wciąż opiera się na nim.  To jego popisy wynosiły zespół ponad przeciętność – czasami w dobrym znaczeniu, czasami w bardzo złym, ale jednak.

PRZEBOJE

Można Comę kochać, a można też z niej drwić, ale prawda jest taka, że piosenki z „Pierwszego wyjścia z mroku” weszły do polskiego rockowego kanonu ostatniego ćwierćwiecza. Nie chodzi tu wyłącznie o magię kontrastu, którą opisywałem wyżej, ale po prostu kompozytorski talent. Budowany na bazie dramaturgii i ciągle narastającego niepokoju „Leszek Żukowski” to klasyk, do którego tekst zna prawie każdy Polak, który ma minimum dwadzieścia parę lat i przynajmniej otarcie się o muzykę rockową na koncie. Jeszcze większym hitem jest znacznie bardziej zwiewny, a mimo to wciąż teatralny (zwłaszcza w końcówce) „Spadam”. Udające trip-hop, balladowe „Sto tysięcy jednakowych miast” jest jedną z bardziej przejmujących piosenek na albumie, a „Pasażer” wgniata w fotel końcowym crescendo. Świetnie sprawdzają się też cięższe kawałki, jak utwór tytułowy czy „Nie wierzę skurwysynom”. Nawet bonusowy „Skaczemy”, czyli najbardziej akademicka („akademicka” od akademika, nie wykształcenia akademickiego) odpowiedź na Rage Against the Machine, buja jak powinien. 

W póżniejszych latach – przynajmniej moim zdaniem – Coma sukcesywnie, chociaż powoli leciała na dno. Grunge’owo-numetalowy napęd z debiutu nie działał nawet w połowie tak dobrze na późniejszych płytach z pierwszego okresu i to nawet mimo uroczych hitów, jak chociażby „Los cebula i krokodyle łzy”. Z kolei eksperymentalna era zespołu, mimo że interesująca, to jednak słaba. Lepiej byłoby wypuścić te płyty pod nazwiskiem Roguckiego, ale mało kto weźmie mnie na poważnie, w końcu reaktywowana Coma wyprzedaje hale w całej Polsce…

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas