Mastodon – „Marrow Deep”. Na nowej drodze życia

Dodano: 04.09.2026
Dziewiąta płyta Mastodon, „Marrow Deep”, jest pierwszą, jaką zespół nagrał w kwintecie i bez Brenta Hindsa. Na swoim najnowszym dziele jeden z najważniejszych metalowych zespołów w XXI wieku po raz kolejny mierzy się ze śmiercią, pustką i mroczną przeszłością.

Dyskografię Mastodon można z grubsza podzielić na trzy etapy. Pierwszy: od EP-ki „Lifesblood” do „Crack the Skye”, w którym zespół przechodził stopniowo od ciężkiego sludge/death metalu z elementami grindcore’a do ciężkiego prog metalu. Drugi: od „The Hunter” do „Hushed and Grim”, w którym Mastodon złagodził brzmienie, ciążąc bardziej w kierunku heavy/stoner metalu zabarwionego dużą dawką psychodelii. Trzeci etap zaczyna się właśnie teraz, wraz z wydaniem „Marrow Deep”.

Obie transformacje poprzedzało jakieś brzemienne w skutkach wydarzenie. Najpierw było to wydanie mastodonowego opus magnum, płyty, po której już nic nie mogło zostać takie samo. „Crack the Skye” zapewnił zespołowi nieśmiertelność, wyniósł do innej ligi, ale też wyczerpał pewną formułę. Na wydanym dwa lata później „The Hunter” ekipa z Atlanty brzmiała lżej, piosenki były prostsze, a refreny wpadające w ucho. Mastodon zyskał wtedy wielu fanów, ale wielu też stracił. Chociaż zarówno ta, jak i kolejne dwie płyty odniosły komercyjny sukces porównywalny z „Crack the Skye”, nie każdemu spodobał się zwrot w stronę bardziej bezpośrednich piosenek, niemal popowych singli i wygładzonego brzmienia. Wydany pięć lat temu „Hushed and Grim” był nieśmiałą i nie do końca udaną próbą powrotu do dawnego – cięższego i progresywnego – brzmienia. Jednak, jak to w przypadku podwójnych płyt bywa, dobre pomysły zginęły w gąszczu tych średnich i złych, a całość męczyła swoją długością. Wydarzeniem, które wywróciło do góry nogami życie zespołu, było odejście, a potem tragiczna śmierć gitarzysty Brenta Hindsa. Muzyk od dłuższego czasu nie dogadywał się z pozostałymi członkami zespołu, jednak mimo wyjątkowo gorzkiego rozstania pozostali muzycy wierzyli, że prędzej czy później uda im się z Hindsem pojednać. Do tego spotkania już nie doszło.

„Marrow Deep” miała być płytą poświęconą trudnym emocjom, które pojawiły się po śmierci matki perkusisty Branna Dailora, jednak śmierć Hindsa, o której zespół dowiedział się na dwa tygodnie przed wejściem do studia, dołożyła kolejny kontekst. To nie pierwsza płyta Mastodon, nad którą wisi widmo śmierci – „Crack the Skye” było w dużej mierze poświęcone odejściu siostry Dailora, a „Hushed and Grim” powstawało, kiedy zespół przeżywał żałobę po śmierci menedżera Nicka Johna. Po raz pierwszy jednak Mastodon musiał zmierzyć się z odejściem kogoś, kto był wieloletnim członkiem zespołu. Śmierć stała się nie tylko tematem płyty, ale znacząco zmieniła brzmienie zespołu.

Mastodon był do tej pory zespołem napędzanym różnymi osobowościami, które – miało się takie wrażenie – dążyły w innych kierunkach. To właśnie z tego wynikała eklektyczność zespołu. Jednak to Hinds był tym, który najbardziej różnił się od reszty. Południowe zawodzenie gitarzysty nijak się miało do czystych jak łza wokali Dailora czy ni to krzyku, ni to śpiewu Sandersa. Jego solówki czy riffy bywały dziwaczne, nieobliczalne – i to w tym obszarze najbardziej słychać jego brak. „Marrow Deep” jest najbardziej ułożoną i najgrzeczniejszą płytą Mastodon. Nie ma w niej niczego odjechanego czy nieprzewidywalnego. Słychać, że nowy gitarzysta, Nick Johnston, ma do swojego instrumentu inne, bardziej techniczne podejście.

Osoby, które nie przepadały za „słonecznym” okresem w dyskografii Mastodon, na pewno ucieszyły się, że nowy krążek jest powrotem do cięższego grania; nie tak ciężkiego jak na „Leviathan”, ale jednak. No właśnie – powrotu. Cała ta płyta brzmi jak jedno wielkie podsumowanie poprzednich ośmiu krążków, z nieśmiałym badaniem nowych terytoriów w niektórych momentach. Dobrym przykładem jest kawałek otwierający album, „Barbarians Blood”. W refrenie mamy więc riff jak żywcem wyjęty z „The Hunter”, zwrotka mogłaby równie dobrze znaleźć się na „Crack the Skye”, a w mostku mamy fragment w stylu „Blood Mountain”. Potem wchodzą klawisze (nowe terytoria) i synkopowany riff, który ma w sobie coś z surowości „Leviathan”. Efekt jest świetny – to jeden z najlepszych numerów na płycie. Przy okazji, słowo należy się João Nogueirze, którego partie świetnie uzupełniają gitary, dodając muzyce trochę więcej psychodelicznego wydźwięku. Klawisze to jeden z mocniejszych elementów nowego krążka.

„Marrow Deep” ma to do siebie, że lepiej się zaczyna, niż kończy – pierwsza polowa albumu jest świetna. Bez zbędnego utworu, bez zbędnego wydłużania, wypełniona kapitalnymi riffami (choćby „They‘re Coming for You”) i wpadającymi w ucho melodiami (na przykład „Your Ghost Again”). Mastodon ma tutaj ciąg na bramkę. Druga połowa płyty jest nieco słabsza – podczas słuchania jej po raz pierwszy pojawiają się myśli, że jest to krążek odrobinę zbyt długi. Zaczynają też irytować pewne schematy – choćby dość przewidywalne zmiany tempa, jakby zespół umiał budować napięcie tylko zwalniając i przyspieszając muzykę. Chętnie zamieniłbym takie „The Three Fates” na jakiś krótki, bezpretensjonalny hindsowy strzał w stylu „Once More ‘Round the Sun”.

Nawet mimo tych paru dłużyzn „Marrow Deep” jest bardzo udaną płytą; najlepszą, jaką zespół nagrał przynajmniej od „The Hunter”, a może i „Crack the Skye”. Mamy tu wszystko to, za co muzykę Mastodon pokochaliśmy, a nowe elementy, głównie w postaci klawiszy, świetnie komponują się z całością. Widać jednak, że zespół wciąż szuka języka dla swojego nowego wcielenia – na razie nowy Mastodon jest poskładany z poprzednich. „Marrow Deep” nie mówi jeszcze, dokąd ta droga ich zaprowadzi, ale daje dobry powód, żeby chcieć się tego dowiedzieć.

Paweł Drabarek

(Loma Vista, 2026)

zdj. materiały zespołu

Nowy album Mastodon kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas