Poznajmy się: Hey

Dodano: 08.09.2026
Jeden z największych polskich zespołów rockowych z wokalistką, którą rozpoznajecie w sekundę. Zmieniali styl i wychodzili z tego z twarzą – nigdy nie bawili się w tanie powroty do korzeni i przepraszanie starych fanów. Poznajmy się z Hey!

Muszę przyznać, że w wieku nastoletnim ich nie znosiłem. Jako metalowiec i snob w jednym z automatu ignorowałem większość polskiego rocka, uznając, że to wyłącznie powielanie zagranicznych wzorców, ale gorzej i w przaśnym wydaniu. Byłem w dużym błędzie, bo o ile Ira pasuje jak ulał do tego opisu, o tyle klasyki z lat 70. czy 80. oraz spora część sceny alternatywnej z końcówki XX wieku już nie do końca. Hey, czyli przedstawiciele ostatniej z grup, to jeden z dobrych tego przykładów, mimo że na początku byli bardzo amerykańscy…

TA NAJWAŻNIEJSZA: „Fire” (Izabelin Studio)

Jedna z najlepiej sprzedających się płyt w historii polskiej muzyki. Żywy klasyk rodzimego rocka. „Fire” to zdecydowanie najistotniejsze dzieło w bogatej dyskografii Hey. Zadebiutować akurat takim materiałem jest z jednej strony marzeniem, bo grupa w sekundę weszła do mainstreamu, ale i brzemieniem, ponieważ jego cień rzucał się na całą dalszą historię zespołu… Kontrowersyjna opinia: doceniam ten krążek, ale chyba niespecjalnie za nim przepadam. Wiadomo, są tu wielkie hity, czyli przede wszystkim „Teksański”, „Moja i twoja nadzieja” oraz „Zazdrość”, a grane z hardrockowym luzem riffy oraz głos Kasi Nosowskiej z miejsca brzmiały żarliwie. Mimo tego „Fire” ma w sobie kanciasty element typowy dla wielu polskich produkcji, które usiłowały nadgonić to, co działo się wówczas Seattle. Kartonowe brzmienie można jeszcze przeboleć, takie czasy i taka nadwiślańska rzeczywistość, ale jednak brakuje w tym finezji. Wzorce wyciągnięte z Pearl Jam czy Stone Temple Pilots – jasne, spoko, lecz to nie ten sam poziom i to samo wyczucie hitu. Ale co ja tam wiem… Sprzedali 400 tysięcy kopii? No, sprzedali.

TA PRZEJŚCIOWA: „[sic!]” (Warner Music Poland)

W 1999 roku doszło bardzo istotnej zmiany w szeregach Hey. Skład zespołu opuścił Piotr Banach, czyli koleś o bardzo rockerskim podejściu do komponowania, a w jego miejsce wskoczył Paweł Krawczyk – człowiek zainspirowany muzyką indie, popową czy postrockową. Fani zespołu narzekają, że to „przez niego Hey grał elektronikę”, ale dwie rzeczy – pierwsza: tak do końca nie grał, ponieważ rzeczona „elektronika” zawsze mieszała się z rockową tkanką. Druga: uważam, że to właśnie z nim w składzie zespół stał się najbardziej wysmakowany, kunsztowny i po prostu najlepszy. Miewam dni, gdy uważam „[sic!]” za najmocniejszy punkt ich dyskografii. Wejście w świat milenijnego alt-rocka z falą wpływów ciągnącą się od Radiohead do – na tamten moment – uwspółcześnionego Pixies przewietrzyło styl Hey, a jednocześnie nie obdarło go z tożsamości. „Cudzoziemka w raju kobiet” to mój ulubiony utwór grupy z tą celową emfazą wokalu i mistrzowską melodią przewijającą się przez cały utwór. Kłania się PJ Harvey! Z kolei „Cisza, ja i czas” ma w sobie coś z garażowej riffowaniny The Hives, ale natchnionej typową dla Hey melancholią i bardzo dobrym wokalem Nosowskiej – w recenzji z „Porcysa” porównanym do Stereolab, całkiem słusznie. Dobra jest tu znacznie więcej, chociażby w nawiązującej do starszych czasów „Antibie”, lecz w nowej, zirołsowej odsłonie. Kawał materiału.

TA NAJODWAŻNIEJSZA: „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” (QL Music)

Po „[sic!]” Hey coraz mocniej oddalał się od rocka. Nie zawsze kończyło się to dobrze, bo o ile „Music, Music” była niezła, o tyle „Echosystem” niebezpiecznie zahaczał o rejony mdłego pop-rocka, którego wadą nie jest delikatność, lecz brak substancji i tkanki emocjonalnej. Ale to dobrze, że zespół wydał taki album, ponieważ „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” brzmi jak jego konkretna antyteza – pod kątem intensywnosci i muzyki przede wszystkim. To faktycznie krążek, na którym Hey „idzie w elektronikę”. Art-popowe konstrukcje kontrowane klawiszowymi zgrzytami czy loopami kojarzą się momentami nawet z Björk. „Miłość…” jest bardzo gorzka tekstowo, a przy tym taneczna i zwiewna. Hity splatają się tu z dziwactwami, a słoneczna aura z abstrakcją. Trudno tu o słabszy numer, ponieważ każdy brzmi w pełni indywidualnie i zwarcie. „Umieraj stąd” – z tym kąśliwym tekstem – brzmi jak złote momenty The Beatles z „Abbey Road”. „Piersi ćwierć” startuje całkiem kolorowo, by z czasem przemieszczać się w kierunku wciąż nośnych, a jednak bardziej poplątanych melodii godnych The Flaming Lips. Serce łamie balladowy „Chiński urzędnik państwowy” z prawdziwie popowym rozmachem i rzewnością rozkręconą na 110%, ale bez patosu i pompowania balona. Nagranie takiego materiału po blisko dwóch dekadach kariery to wielkie osiągnięcie.

Łukasz Brzozowski  

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas