Metalowy kodeks zasad nakazuje kochać „Focus”, w miarę szanować „Traced in Air”, a na późniejsze materiały zespołu patrzeć z przymrużeniem oka. Z przekory, ale także dzięki wnioskom wyciągniętym po odświeżeniu dyskografii Amerykanów pozwolę sobie złamać tę zasadę i przedstawić rzeczy na odwrót.
TA PIERWSZA: „Focus” (Roadrunner)
Gdy Cynic wypuścił przełomowy debiutancki album, wzbudził polaryzujące reakcje. To nie była fala cmoków i pokłonów jak przy „Human” Death (na którym zresztą grali muzycy Cynic – Paul Masvidal oraz Sean Reinert), tylko raczej skrzywień i zastanawiania się, o co tu właściwie chodzi. Tak radykalne zmieszanie bardzo – umówmy się – lekkiego i raczej umownego death metalu z toną jazzu fusion, masą new age’u w tekstach czy aurze oraz rockiem progresywnym to było dużo do przełknięcia jak na 1993 rok. Z thrashowo-śmiercionośnych początków grupy nie zostało tu prawie nic. Jedynym przebiśniegiem z przeszłości jest najbardziej jadowity w zestawie „Uroboric Forms”. Oczywiście z czasem „Focus” pokochano i się na nim wzorowano (w technicznym death metalu nawiązuje się do niego po dziś dzień), ale o ile kiedyś wielbiłem ten krążek, o tyle obecnie mamy chłodniejszą relację. Przede wszystkim: kartonowa produkcja Scotta Burnsa zupełnie tu nie pasuje i przytępia atuty materiału, zwłaszcza gęsto eksponowane eteryczne sekcje. Dwa: vocoderowe miauczenie Masvidala ma swój urok przy pierwszym razie, później nieco męczy, a jeszcze później wyłącznie irytuje. Trzy: cały ten „death metal” jest tutaj niepotrzebny – zupełnie, jakby zespół bał się, że bez tego elementu słuchacze go nie akceptują. Wiecie co? I tak nie zaakceptowali. Ale złośliwości na bok – to szalenie ambitna, oryginalna, przełomowa płyta. W pełni zasłużony status klasyka.
TA POWROTNA: „Traced in Air” (Season of Mist)
Gdy Cynic wracali do żywych z drugim albumem, szli przed siebie z podniesioną głową. Nie byli już wyklętym zespołem, który obrzucano obelgami, gdy supportował Cannibal Corpse, tylko wyczekiwaną latami legendą. Co się okazało? „Traced in Air” czerpie z wątków zapoczątkowanych na „Focus”, ale jest inną płytą – jeszcze bardziej kojącą, jeszcze bardziej oddaloną od ekstremalnego trzonu, a przy tym zdecydowanie naturalniejszą. Nie znajdziecie tu już deathmetalowego prefiksu, nawet mimo częstych growli Tymona Kruideniera. To po prostu inna muzyka, skupiona znacznie mocniej na progresywnym fundamencie. W przypadku Paula Masvidala i spółki okazał się to strzał w środek tarczy. Drugi krążek Cynic płynie przed siebie zarówno w pojedynczych momentach nawałnicy – vide: fragmenty „Adam’s Murmur” czy „King of Those Who Know” – jak też w dominujących na materiale onirycznych segmentach. To niby wciąż metal, lecz tak delikatny i pokojowy, jak się da. Od wejścia czuć, że muzycy dobrze czują się w tym oceanie, ponieważ tak swobodnie, a nawet przebojowo wcześniej nie brzmieli. Hity w postaci „Evolutionary Sleeper” czy „Integral Birth” imponują nie tylko rytmicznymi przeplatańcami i wirtuozerskim warsztatem, ale przede wszystkim melodiami. Piękny materiał – nagrany przez zespół, który doskonale wiedział, czego chciał. I tak, Masvidal znów jęczy z tym vocoderem w tle, lecz jakby mniej irytująco, mniej kosmicznie…
TA ZAPOMNIANA: „Kindly Bent to Free Us” (Season of Mist)
Stało się – na trzecim albumie Cynic zrobił to, czego się po nich spodziewano i co przepowiadały EP-ki w rodzaju „Carbon-Based Anatomy”, czyli pożegnał się z metalem. „Kindly Bent to Free Us” to oczywiście płyta progresywna, lecz w pełni rockowa. Growling odszedł, pojedyncze intensywniejsze zrywy również, a do tego bardzo mocno ograniczono vocoder! Delikatny i ckliwy naturalny głos Paula Masvidala sprawdza się tu idealnie – szkoda, że wcześniej na to nie wpadł, ale lepiej późno niż później… W każdym razie dwunastoletni w tym roku krążek grupy narobił minimalnego szumu (głównie negatywnego) przy premierze, natomiast odnoszę wrażenie, że dziś nikt o nim nie pamięta. Uważam go za najmocniejszy punkt ich dyskografii razem z „Traced in Air”. Swoje robi nieco przybrudzone brzmienie, które początkowo sprawia wrażenie tłamszącego, ale po paru odsłuchach można złapać, że to świetny, a przy tym nienachalny kontrast do lekkości tych numerów. No właśnie – piosenki. Songwritersko Cynic jest tu bardziej wyzwolony niż kiedykolwiek i nie chodzi o przenoszenie gór czy odkrywanie koła, tylko pełną wolność artystyczną. „True Hallucination Speak” brzmi jak Jane’s Addiction z osobnej galaktyki, a „The Lion’s Roar” to indie rock, gdyby indie rock był najbardziej połamaną i misternie utkaną formą muzyki gitarowej. Poziom nie spada nawet na moment, o czym świadczy napakowany dramaturgią „Holy Fallout” czy transowy „Endlessly Bountiful” wieńczący całość. Cudna sprawa.
W późniejszych czasie Cynic mierzył się z wieloma problemami. Rok po premierze „Kindly Bent to Free Us” grupę opuścił zmarły w 2020 roku Sean Reinert – główny architekt brzmienia zespołu po Masvidalu. Również w 2020 świat i jednocześnie szeregi grupy opuścił wybitny basista, Sean Malone… Mimo tego Paul wciąż trzyma formację w ryzach, a jej ostatni album – zupełnie przyjemny „Ascension Codes” – został przyjęty raczej cieplej niż nie. Poza tym Amerykanie koncertują w najlepsze, ich notowania są dobre – godna starość, zdecydowanie. Należy im się, nie ma co.