Problemy zdrowotne, których szczegółów Homme nigdy nie ujawnił, zakończyły się dla niego poważnymi konsekwencjami – oprócz doświadczenia śmierci klinicznej, artysta zaraził się gronkowcem, a następnie spędził kilka miesiący przykuty do łóżka. – „Przeżyłem, ale część mnie została na stole operacyjnym” – mówił w wywiadach w 2013 roku.
Jest rok 1996. Kyuss, zespół, którego Homme był gitarzystą i liderem, zakończył rok wcześniej działalność, a Josh postanowił rzucić muzykę na dobre. – „Przez dwa i pół roku obsesyjnie słuchałem «Lust For Life» Iggy’ego Popa. To przez ten krążek postanowiłem rozwiązać Kyuss. Pomyślałem sobie, że za dużo już jest na świecie zespołów, a jeśli ktoś chce usłyszeć, co mam do powiedzenia, niech posłucha «Lust For Life» – wspominał po latach. Miał już na siebie plan – postanowił uciec z Kalifornii. Porzucił ukochaną pustynię i udał się na północ, do Seattle, gdzie w dzielnicy Queen Anne mieszkał jego brat ze swoim mężem. Homme zaczął studia na Seattle Central College, ale szybko okazało się, że miłość do muzyki była zbyt silna. – „Przeprowadziałem się tutaj, żeby porzucić muzykę, a skończyłem, zakochując się w niej raz jeszcze” – wspominał podczas koncertu w Seattle w 2025 roku. Zaczęło się niewinnie. Jego znajomy, basista grunge’owego Screaming Trees, zaprosił kiedyś Josha na jedną z prób – kapela szukała drugiego gitarzysty. Wokalistą kapeli był Mark Lanegan, który w taki sposób opisywał dołączenie rudowłosego muzyka do zespołu w swojej autobiografii „Sing Backwards And Weep: A Memoir”:
„Nie było mnie nawet na próbie, kiedy pierwszy raz z nim grali, ale gdy usłyszałem, że był gitarzystą Kyuss, całym sercem poparłem ich decyzję, choć nigdy wcześniej go nie spotkałem. Byłem wielkim fanem płyt Kyuss i wiedziałem, że trafia nam się wielka okazja”.
„Żaden z nas, starych wyjadaczy, nie czerpał już przyjemności ze swojego towarzystwa. Niemal każdą sekundę w trasowym autobusie spędzałem samotnie w tylnej części, paląc crack i od czasu do czasu dając sobie w żyłę. Josh miał młodzieńcze, przelotne zainteresowanie wciąganiem kokainy i lubił się czasem napić, ale moja wersja «imprezowania» była czymś, z czym miał niewielkie doświadczenie. Z czystej nudy i ciekawości zaczął przesiadywać ze mną z tyłu – sam nie brał narkotyków, po prostu patrzył, jak ja to robię, i rozmawiał ze mną. Od razu zrobił na mnie wrażenie. Nie tylko był znacznie lepszym gitarzystą od Lee (Connera, pierwszego gitarzysty Screaming Trees – red.), ale też niezwykle inteligentnym człowiekiem i, mimo młodego wieku, już doświadczonym weteranem. Uznałem, że jest właśnie takim opanowanym, stabilizującym ogniwem, jakiego temu zespołowi zawsze brakowało, a do tego miał naturalny talent komediowy i błyskotliwe poczucie humoru. Mimo różnicy wieku i doświadczeń wiele nas łączyło. Josh szybko doszedł do wniosku, że reszta chłopaków to nudziarze, którym nie zależy na pracy na miarę własnego potencjału. Oni z kolei nie znosili mojego towarzystwa, słusznie obwiniali mnie za problemy z pisaniem i nagrywaniem długo opóźnionej kontynuacji albumu «Sweet Oblivion» i w tamtym momencie po prostu odwalali pańszczyznę. Josh dał mi do zrozumienia, że zanim pojawiła się propozycja grania z nami, planował całkowicie rzucić muzykę, a do Seattle przyjechał po to, by studiować. Mimo moich ewidentnych uzależnień uważał, że jestem jedyną osobą w zespole, której naprawdę zależy na tym, by dawać z siebie wszystko w swojej pracy – śpiewaniu. Ja z kolei szybko zaakceptowałem go jako równego sobie – jedynego człowieka, którego wtedy za takiego uważałem – i zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi oraz sprzymierzeńcami.
Obaj wstydziliśmy się codziennie wychodzić na scenę; Lee Conner co koncert odwalał szopki. Mimo to robiliśmy wszystko, by grać najlepiej, jak potrafiliśmy, i zachowywać się profesjonalnie. Josh mógłby grać te prostackie partie gitarowe przez sen i żartobliwie pytałem go, jakim cudem udaje mu się przy tym nie zasnąć. Pokazałem mu trochę klasycznego undergroundowego rocka, którego wcześniej nie znał, a on z zapałem wyszukiwał wszystko, o czym mu opowiadałem. Chciał być oryginalny, chciał być wielki. Po tylu latach grania z ludźmi, którzy zdawali się mieć totalnie wyjebane na oryginalność czy wielkość, jego podejście było dla mnie czymś więcej niż odświeżającym. Od samego początku było dla mnie jasne, że ma w sobie więcej talentu i kreatywności niż cała reszta zespołu razem wzięta. Zwierzył mi się, że codziennie obserwowana przez niego skrajna dysfunkcja zespołu i brak muzycznych umiejętności reszty są dla niego jednocześnie zabawne i niezrozumiałe. Odpowiedziałem: «Bracie, mam dokładnie tak samo». Od tamtej chwili aż do ostatecznego rozpadu zespołu jego obecność była moim wybawieniem. Dziękowałem Bogu, że w końcu mam kogoś, z kim mogę się utożsamić i komu mogę się zwierzyć”.
Homme co prawda nie nagrał ze Screaming Trees płyty, pozostając jedynie gitarzystą koncertowym, jednak to właśnie wtedy, w dużej mierze za sprawą przyjaźni z Markiem Laneganem, postanowił znowu na poważnie zająć się muzyką.
Założył nowy zespół – Queens of the Stone Age.
Homme stworzył tę kapelę z myślą o Marku Laneganie – to on miał być jej wokalistą. Problem w tym, że Lanegan – głęboko pogrążony w heroinowym nałogu – po kilku miesiącach spędzonych na ulicy, dryfujący na granicy życia i śmierci, ostatecznie trafił na trwający ponad rok odwyk. Jeśli chciał przeżyć, nie mógł go opuścić. Homme natomiast udał się do Amsterdamu, gdzie przez kilka miesięcy mieszkał na skłocie zwanym De Slang. Trafił tam na zaproszenie swojej przyjaciółki, perkusistki zespołu Beaver, Evy Nahon. – „To była jedna wielka impreza. Zazwyczaj słuchaliśmy płyt, paliliśmy mnóstwo trawki i graliśmy w Ludo całymi nocami. W międzyczasie prowadziliśmy zażarte dyskusje o muzyce. To były cudowne czasy; Amsterdam był prawdziwą oazą, gdzie można było robić, co się chciało, kręciło się mnóstwo freaków i była masa dziwnych miejsc do eksperymentowania z muzyką” – wspominała po latach.Kiedy Homme mieszkał w Amsterdamie, wytwórnia Roadrunner poprosiła go o utwór na ich kompilację „Burn One Up!”. Homme, gitarzysta Dave Catching, basista Beaver, Milo Beenhakker oraz wspomniana Eva Nahon nagrali więc utwór „18 A.D”, który otwierał kompilację Roadrunnera. Josh wrócił do USA, skompletował skład Queens of the Stone Age, a po nieudanych poszukiwaniach innego wokalisty sam postanowił sięgnąć po mikrofon. W październiku 1998 roku ukazała się debiutancka płyta zespołu, zatytułowana po prostu „Queens Of The Stone Age”.
– „Byłem przykuty do łóżka, nie mogłem się ruszać, a na dodatek nikt nie mógł się do mnie zbliżać, bo skończyłoby się to zarażeniem. Przez trzy miesiące nie mogłem nikogo dotknąć. Moja córka była wtedy mała i musiałem krzyczeć, żeby trzymała się z dala ode mnie. Pod koniec tego wszystkiego nie byłem w najlepszym stanie psychicznym”. Miesiące spędzone samotnie w łóżku wpędziły Josha w depresję.
Ale co tak naprawdę doprowadziło go do tego stanu?
W styczniu 2011 roku Homme udzielił wywiadu „New Musical Express”, gdzie wspomniał o operacji kolana, podczas której na moment jego serce się zatrzymało. Później miał spędzić kilka miesięcy przykuty do łóżka na skutek zakażenia gronkowcem. Dokładnie tę wersję wydarzeń powielano potem w niemal każdym tekście nt. „…Like Clockwork” – sam Homme o kolanie więcej nie mówił, lecz informacje w dobie internetu roznoszą się błyskawicznie, Josh niczego nie prostował, więc przez wiele lat wydawało się, że dokładnie to się wydarzyło. Rutynowa operacja kolana, śmierć kliniczna, zarażenie gronkowcem, a potem miesiące w łóżku. Cóż, większość z tego jest prawdą. Ale nie wszystko. Po raz pierwszy o tym, że to nie operacja kolana wysłała go na stół operacyjny, lider QOTSA powiedział w czerwcu 2016 roku w podkaście Deana Delraya. – „Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale to nie miało związku z kolanem. Powiedzmy, że trochę za bardzo się rozpędziłem. Przez lata chciałem się o wszystko i o wszystkich zatroszczyć, chciałem być dla każdego. Okazało się, że nie da się ciągle chodzić do łóżka późno i wstawać skoro świt, by zadbać o wszystkich dookoła”. Na pytanie prowadzącego, czy jego stan miał związek z narkotykami, Josh nie odpowiedział. O miesiącach spędzonych w unieruchomieniu Homme opowiadał też w rozmowie z „Mojo” w 2018 roku. – „To nie była operacja kolana – tyle powiem. Nigdy nie powiedziałem, że miałem jakąś operację kolana – może to nasz rzecznik prasowy tak powiedział. Nie lubię mówić o tym, jak się tam znalazłem. Ale się znalazłem. I to nie sama operacja mnie rozwaliła, tylko to, co było później”. Po latach, na podstawie strzępków informacji, fani sami zaczęli układać tę historię na nowo. W 2023 roku Homme przyznał, że przez kilkanaście lat borykał się z uzależnieniem od metamfetaminy, co uprawdopodabnia wersję, według której w 2010 roku wspomagany narkotykiem pracował zbyt dużo. Czy właśnie to doprowadziło do osłabienia jego układu odpornościowego i zarażenia gronkowcem? Sam muzyk nigdy publicznie nie przedstawił pełnej sekwencji wydarzeń, słuchacze jednak spekulują, że właśnie tak było.
Depresja była faktem – muzyka przestała go cieszyć. Nie był w stanie tworzyć, nie chciał nagrywać więcej płyt. Znów, jak w 1996 roku, chciał rzucić muzykę na dobre. Myślał, że ruszenie w trasę z wydaną w 1998 roku debiutancką płytą pomoże mu wrócić na właściwe tory i ożywi jego miłość do grania – tak się jednak nie stało. Koncerty z młodzieńczym materiałem nie stały się jego kolejnym Seattle. Chłopaki chcieli zrobić płytę, a ja nie. Pomogła mi Brody (Dalle, ówczesna żona Josha – red.). Wyobrażam sobie, że nie byłem wtedy najłatwiejszą osobą do życia, więc powiedziała coś w stylu: «Proszę cię, idź do garażu i pograj trochę muzyki». Wróciłem z utworem «The Vampyre Of Time And Memory» i powiedziałem: «Nikt nigdy nie będzie chciał tego słuchać. Jedno wiem na pewno: ze wszystkich możliwych rodzajów narzekania, narzekający odnoszący sukcesy muzyk jest najgorszy»”. Prace nad „…Like Clockwork” zaczęły się zatem od utworu jak na Queens of the Stone Age niezwykłego – melancholijnej, opartej na fortepianie ballady, w której Homme jawi się jako osoba kompletnie zagubiona. Nie ma w nim ani grama dawnej swady i pewności siebie, są za to pytania – kim właściwie jest i dokąd podąża jego życie. „Where’s this goin’ to? / Can I follow through? / Or just follow you for a while?”.Po raz pierwszy od dawna to nie Homme był dla kogoś przewodnikiem; to nie on udzielał pomocy, a sam jej potrzebował. Oprócz żony, wsparcia udzielili mu jego najbliżsi przyjaciele, w tym lider Nine Inch Nails – Trent Reznor. – „Dzwoniłem do Trenta, wychodziliśmy na kawę i godzinami rozmawialiśmy o różnych rzeczach. To stało się częścią procesu odzyskiwania równowagi i poczucia, że znowu jestem sobą”. Homme chciał, aby Reznor został producentem płyty, ostatecznie jednak przez nawał pracy jego rola ograniczyła się do udziału w piosence „Kalopsia”. Gości na płycie było co niemiara. Jeden z nich był dość nieoczywisty.
W pewien niedzielny poranek Homme odebrał telefon od nieznanego numeru. – „Cześć, za moment połączę cię z Eltonem” – powiedział z silnym brytyjskim akcentem tajemniczy głos. Elton John poznał muzykę QOTSA dzięki byłemu współlokatorowi Josha, który był wtedy kierowcą brytyjskiego muzyka. – „Jedynym, czego brakuje w waszym zespole jest prawdziwa królowa. (queen to także potoczne określenie na homoseksualistę – red.)” – usłyszał Homme. – „Och, żebyś wiedział, skarbie” – odpowiedział Josh. Panowie szybko znaleźli wspólny język i rozpoczęli współpracę. Elton John zagrał na pianinie i zaśpiewał w chórkach w „Fairweather Friends”.
Na płycie zagrał także stary znajomy Josha – Dave Grohl. Jego udział w „…Like Clockwork” nie był planowany, ale w trakcie sesji nagraniowej z zespołem rozstał się wieloletni perkusista Joey Castillo – według Homme’a miał problemy z odnalezieniem się w wyjątkowo niepewnym i trudnym procesie powstawania płyty. Choć decyzja należała do Josha, rozstanie miało przebiegać bez konfliktu. Castillo zdążył nagrać partie na cztery utwory – „Keep Your Eyes Peeled”, „I Sat By The Ocean’, „The Vampyre of Time and Memory” oraz „Kalopsia”. Grohl zagrał natomiast na pozostałych utworach, poza kawałkiem tytułowym, do którego partie perkusyjne nagrał nowy bębniarz QOTSA, Jon Theodore. Była to niemal powtórka z sesji „Songs for the Deaf” podczas której Queens Of the Stone Age także zostali bez perkusisty, a Homme zadzwonił do człowieka, któremu ufał najbardziej.
Płyta, chociaż nagrywana w totalnym chaosie, z wieloma goścmi i trzema różnymi perkusistami, brzmi – przy całym swoim eklektyzmie – bardzo spójnie. Najważniejszym elementem spajającym wszystkie utwory jest mrok. Każdy z tych numerów, poza „Smooth Sailing”, jest ponury; każdy w nieco inny sposób. W tekstach Homme opisuje bezradność („The Vampyre of Time and Memory”), myśli samobójcze („Keep Your Eyes Peeled”), mierzy się ze swoim pobytem w szpitalu („I Appear Missing”) i nieudanymi relacjami („I Sat By The Ocean”), a kiedy robi się mniej osobiście i Josh porywa się na bardzo enigmatyczny komentarz społeczny, to krytykuje ludzi za konsumpcjonizm, materializm czy skupianie się na powierzchowności. Muzycznie w zasadzie każda piosenka jest inna. „Keep Your Eyes Peeled” ma w sobie coś z posępnej ballady Nicka Cave’a, a jednocześnie zahacza o stoner metal, „I Appear Missing” ma wisielczy klimat, a momentami brzmi jak King Crimson. Najspokojniejsze na płycie „The Vampyre of Time and Memory” oraz „…Like Clockwork” są jak żywcem wyjęte z dyskografii Davida Bowiego. „My God Is the Sun” to powrót do garażowego brzmienia QOTSA, natomiast najlepszy utwór w dyskografii Amerykanów, „If I Had a Tail”, brzmi jak T. Rex albo Thin Lizzy na bad tripie. Chociaż „…Like Clockwork” jest płytą prawie idealną, da się znaleźć na niej słabsze fragmenty – a w zasadzie jeden. „Fairweather Friends” odstaje jakością od pozostałych piosenek. Utrzymany w średnim tempie numer nie wyróżnia się zupełnie niczym i szybko wylatuje z pamięci.
„…Like Clockwork” stało się dla QOTSA płytą równie przełomową co „Songs For The Deaf”. Zespół na dobre zerwał z łatką desert / stoner rockowej kapeli i wszedł do tej samej ligi, w której w tamtym czasie znajdowali się Arctic Monkeys czy The Black Keys. Wydany w 2013 roku album był też pierwszym w dyskografii Queensów, który zadebiutował na szczycie listy Billboard 200 oraz był nominowany do Grammy w kategorii „Best Rock Album” – i jasne, nie mówimy tutaj o tym, aby traktować Grammy jako poważne nagrody muzyczne, ale sam fakt nominowania do nich świadczy o tym, że w oczach szołbiznesu formacja zrobiła krok w innym, mniej podziemnym kierunku. Premiera „…Like Clockwork” to także moment, w którym QOTSA staje się wreszcie pełnoprawnym zespołem ze stałym składem – po przyjściu Theodore w 2013 roku, więcej zmian personalnych już nie było, a na kolejnych płytach w zasadzie nie pojawiali się też już goście.
Historia zatoczyła koło – po raz kolejny, zupełnie jak po rozpadzie Kyuss, kiedy Homme chciał już zerwać z muzyką, w momencie, w którym doszedł do ściany, po prostu wymyślił się na nowo.