Szwedzcy przedstawiciele satanistycznego antykościoła pod rządami Papy Emeritusa utorowali sobie drogę do serc fanów przede wszystkim hitami. Jeśli chodzi o płyty jako całość, nie zawsze potrafili utrzymać dramaturgię i dobry poziom od początku do końca. Gdy dawali radę, wychodziły im niemal bezbłędne materiały, a gdy nie dawali… Słuchacz mimowolnie mówił „stop”.
„Impera” (Loma Vista)
Pierwsza płyta, przy której nawet zagorzali fani Ghosta stwierdzili, że coś w tym, nomen omen, imperium się sypie. Największe minusy piątego krążka Skandynawów to nierówny songwriting i stanie w rozkroku. Z jednej strony chcieli pokazać, że są już w pełni gotowi na podbój stadionów, a z drugiej zależało im na udowodnieniu, że nie stracili kompozytorskich ambicji czy nawet progresywnego zapału. Na papierze brzmi to obiecująco, lecz w praktyce niekoniecznie. Oczywiście „Impera” nie jest pozbawiona wspaniałych utworów. „Hunter’s Moon”, „Call Me Little Sunshine” czy – z mniej oczywistych tropów – „Griftwood” ukazują grupę w najwyższej formie. To kawałki obfitujące we wspaniałe refreny i hooki, które nie chcą wyleźć z głowy, co jest specjalnością tego zespołu. Z kolei te bardziej połamane fragmenty wspomnianego „Hunter’s Moon” świetnie zgrywają się z ejtisowsko naiwną zasadniczą częścią piosenki. Poza tym jednak nie jest tak różowo. „Kaisarion” brzmi jak późny Green Day parodiujący glam metal, „Twenties” (być może najstraszniejsza rzecz, jaką zrobił ten skład) sprawia wrażenie bękarta Therion i Megadeth z „Risk”… Podobnych koszmarków można by jeszcze trochę wymienić. Co prawda „Impera” dotarła na drugą lokatę listy Billboard 200 i uczyniła Ghost jeszcze popularniejszym, lecz niesmak i tak pozostał.
„Skeletá” (Loma Vista)
„Ale mocny powrót do formy” – pomyślałem sobie, mierząc się z ostatnim krążkiem Ghost przy pierwszym i drugim podejściu. Z każdą kolejną próbą przesłuchania ubiegłorocznego materiału było tylko gorzej. „Skeletá” jest lepsza od „Impery”, lecz po pierwsze: poprzeczka nie wisiała zbyt wysoko, a po drugie: nie oznacza to, że prezentuje imponująco wysoki poziom. Nazwałbym ją raczej niezłą propozycją, aczkolwiek większych uniesień niestety nie odnotowano. Znów: single brzmiały naprawdę obiecująco. „Satanized” to niemalże popowa odnoga doom metalu, a „Lachryma” brzmi jak esencjonalny kawałek grupy. Z jednej strony mamy riff godny Mercyful Fate, z drugiej wspaniałe solówki i partie wokalne, a z trzeciej ten cudowny refren w guście pastelowych lat 80. Dobrze sprawdza się też hardrockowa ekwilibrystyka „Umbry” oraz hołdujący przebojom Journey utwór otwierający. Później zaczynają się schody. Takie fragmenty płyty jak „De Profundis” czy „Marks of the Evil One” pokazują, że Ghost usilnie próbuje pchać do przodu swoje muzyczne uniwersum, ale chyba nie do końca wie, jak to zrobić. Podobnie z balladowym „Guiding Lights”, który brzmi tak bardzo od linijki, że aż trudno nie obrazić się na Tobiasa Forge. Poza tym to kartonowe brzmienie i rzężące gitary, jakby ktoś je podłączył do radia tranzystorowego… Przepraszam, ale oczekuję od was dużo więcej.
„Opus Eponymous” (Rise Above)
Dobre wieści: od teraz będę omawiać już wyłącznie udane materiały zespołu. Szum dookoła Ghost w podziemnej metalowej bańce osiągał niebotyczne rozmiary jeszcze przed premierą debiutanckiej płyty. Nagrana w całości przez Tobiasa Forge demówka zdobyła uznanie fanów na MySpace, a także trendsettera, lidera Darkthrone, czyli Fenriza, który się nad nią rozpływał. Nie uszło to uwadze Lee Dorriana, włodarza wytwórni Rise Above, który szybko podpisał kontrakt z zamaskowanym Szwedem. Wydany w 2010 roku „Opus Eponymous” jest dokładnie taki, jaki powinien być: nieco chałupniczy, naiwny, okrutnie serowy, a przy tym przebojowy jak diabli. To jednocześnie najbardziej metalowy krążek Ghosta, bo jednoznacznie satanistyczne teksty w pakiecie z proto-doomowymi riffami i licznymi podobieństwami do Kinga Diamonda oraz Mercyful Fate zrobiły swoje. Całość bywa monotonna, kawałki rzędu „Death Knell” nieco się wloką, ale to bez znaczenia. Dziarskie linie basu w „Con Clavi Con Dio” lub „Prime Mover” z miejsca wrzynają się w głowę. Diaboliczny i przy tym słodki „Ritual” to wzorowy hit, a „Stand by Him” idealnie pokazuje, dlaczego ten zespół od początku nazywano „Abbą dla metalowców”. „Opus Eponymous” nie jest idealna, lecz sprawia mnóstwo frajdy i daje nadzieję na wspaniałe rzeczy, które wkrótce miały nadejść.
„Infestissumam” (Loma Vista)
Boom na Ghosta po premierze „Opus Eponymous” był ogromny. Oczekiwania co do następcy – również. Po latach Tobias Forge wspominał, że zależało mu na nagraniu równie przebojowej, a przy tym zupełnie innej płyty. Jak pomyślał, tak zrobił, ponieważ „Infestissumam” to inna para kaloszy. Nie jest tak naiwna jak debiut, a zamiast tego emanuje sakralną potęgą. Nie emuluje proto-metalu, tylko brzmi jak podpompowany indie rock nagrywany ku chwale szatana. Nie sprawia wrażenia zagubionej ścieżki dźwiękowej do „Scooby Doo”, tylko ezoterycznego rytuału z kwaskowatą psychodelią w tle. Jest lżejsza, a przy tym intensywniejsza. Sugeruje to intro, a już zwłaszcza prowadzony triumfalnym refrenem „Per Aspera ad Inferi”. „Jiggolo Har Megiddo” ma w sobie coś z Interpolu, gdyby ci obrali zupełnie inną, bliższą ciemnej strony mocy ścieżkę kariery. Nawołujący do przeżywania wspólnych orgazmów w imię diabła „Monstrance Clock” to zarówno epicka atmosfera, jak i popowy refren w duchu największych przebojów Beatlesów. Nic dziwnego, że przez lata Szwedzi wieńczyli koncerty właśnie tym numerem. Jasne, po drodze zdarzają się dwie wpadki w postaci nadmiernie cyrkowego „Idolatrine” (serio, ta melodyjka na wejście…) czy przyciężkawym „Depth of Satan’s Eyes”, ale to drobiazg. Dzięki „Infestissumam” Ghost znaleźli się w przedsionku mainstreamu, a uzyskanie statusu gwiazd pozostawało wyłącznie kwestią czasu.
„Prequelle” (Loma Vista)
„Prequelle” była bardzo ważnym momentem w historii Ghosta, a przede wszystkim Tobiasa Forge. Chwilę przed premierą płyty szef zespołu wymienił cały skład, wygrał sądową batalię z poprzednimi muzykami, a do tego naniósł istotne zmiany w swoim satanistycznym uniwersum. Tym razem następcą poprzedniego frontmana nie został kolejny Papa Emeritus, ponieważ na jego miejsce wskoczył niższy statusem Cardinal Copia. Mniej doświadczony przedstawiciel ghostowego antykościoła nie pełnił tak nobliwej funkcji, dlatego mógł pozwolić sobie na więcej. Właśnie dlatego paradował w kusych stylówkach, przywdziewał łotrzykowskiego wąsika i tańczył jak szalony w klipie do „Rats”. Muzyka też się zmieniła – nawet na tle wcześniejszej „Meliory”, nie mówiąc już o dwóch pierwszych albumach. Skład poszedł w maksymalną ekspansję arenowego glam metalu. Dowodzi tego hardrockowy, wspomniany już „Rats”, niesiony nośnym riffem „Faith”… Do tego mamy też „See the Light” czyli Genesis w złowróżbnej wersji, musicalowe „Pro Memoria” i „Life Eternal” – słowem: sam blichtr i hymniczność. To właśnie dzięki tej korekcie kierunku Ghost już ostatecznie wbił się do głównego nurtu, ruszając na podbój aren. Dodajmy, że jak najbardziej udany podbój. Nic dziwnego, bo przy takich numerach jak „Dance Macabre” nie da się nie zanucić refrenu…
„Meliora” (Loma Vista)
Zdecydowanie najlepszy album Ghosta. Tu gra wszystko: muzyka, teksty, stylówka. Po „Opus Eponymous” i „Infestissumam” Tobias Forge uznał, że pora na gruntowne przemeblowanie w tej krypcie. To już nie miał być mroczny papież w mrocznych szatach i równie demoniczne ghule snujący się leniwie, tylko rockowe show z prawdziwego zdarzenia. Papa Emeritus (tym razem trzeci) przywdział więc wieczorowe szaty – inspirowane strojem szwedzkiego króla, Gustawa III – a jego sceniczni kompani również biegali i wdzięczyli się do publiki w znacznie bardziej szykownych. Poza tym: piosenki. Nigdy wcześniej Ghost nie był tak eklektycznym i zwartym składem. Niesiony groove’em godnym Uriah Heep „Spirit” to jedyny moment przypominający o poprzednich płytach, poza tym już tylko nowa jakość. Szarpana rytmika „From the Pinnacle to the Pit” od razu skłania do tupania nóżką. Sakralna aura „He Is”, brzmiącego jak wynaturzone Fleetwood Mac, wzrusza do łez. „Mummy Dust” to najbardziej kreskówkowe podejście do thrashu, a „Deus in Absentia” jest idealnie teatralnym ciosem na zejście. Nie zapominajmy też o „Cirice”, za który Szwedzi zgarnęli Grammy. Tu jest doom, pop, Slayer… Samo dobre. Niby nie powinno do siebie pasować, a jednak pasuje jak ulał – prawda, że to idealnie oddaje esencję tego zespołu? Zero zaskoczenia, że akurat dzięki „Meliorze” Ghost przestał funkcjonować wyłącznie jako podziemny fenomen. Inaczej być nie mogło.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu