Viva Zwei w 2024 roku? To możliwe, poznajcie Zetrę!

Dodano: 10.07.2024
Nie ma co się krygować – wielkie przeprosiny metalowego świata z coraz słodszymi formami rocka gotyckiego to fakt. Nagle okazuje się, że młodzi artyści zakładający zespoły gothmetalowe odwołują się nie tyle do Paradise Lost i Type O Negative, co do HIM, a nawet Evanescence. Zetra to taki właśnie zespół – rozkochany w Vivie Zwei, a przy tym grający pod włos.

Ich debiutancki album ukaże się dopiero we wrześniu, ale i tak mają na koncie trasy z Ville Valo, poobsadzane sloty na letnich festiwalach czy nadchodzące europejskie wojaże u boku Health oraz Gost na jesieni. O co właściwie tyle hałasu? Próbujemy to ustalić, biorąc pod lupę najciekawsze piosenki duetu.

„Sacrifice”

Głupio mówić o zespole, który nie wydał nawet debiutanckiej płyty i gra dopiero pięć lat, że doczekał się największego hitu, ale lektura „Sacrifice” pomaga w zmianie optyki. To taki rodzaj metalu gotyckiego, który jeszcze niespełna dekadę temu uchodziłby za szczyt serowizny i słodyczy w złym guście. Teraz też mógłby uchodzić, ponieważ lepkie od lukru brzmienie klawiszy czy luźno puszczane riffy godne najsłodszych piosenek HIM nie kojarzą się ze szczytem mroku, ale u nich działają. Po pierwsze: ów numer to pierwszorzędny hit z gatunku takich, które nie wylatują z głowy. Zwłaszcza, gdy w refrenie zrezygnowany wokal ściera się z syntezatorowymi plaśnięciami – znamy to, ale nigdy się tym nie nudzimy. Po drugie: songwriting całościowo robi wrażenie. Korzystając z najbardziej dyskusyjnych składowych, Zetra buduje własny świat, gdzie ten koturnowy mrok może was nie wystraszy, ale wciągnie na wieki. Każdy element jest tu przemyślany tak, by mimo prostoty zakorzeniał się w głowie. A przecież dokładnie o to im chodzi.

„Shatter the Mountain”

Wyżej pisałem, że duet Zetra bardzo kocha Vivę Zwei, ale jednocześnie gra pod włos. I faktycznie – o ile „Sacrifice” jest raczej bezpiecznym hitem, o tyle „Shatter the Mountain” idzie w mniej oczywistym kierunku. Swoje robi tu gościnny udział Sólveig Matthildur z Kælan Mikla, które niedawno gościliśmy na naszych łamach, ale nie tylko. To numer pokazujący, że Zetra nie boi się kontrastów. Z jednej strony mamy więc dobrze znany już dronujący leniwie riff jako bazę utworu, przy czym dalej robi się ciekawiej. Na przykład gotowa przyprawić o cukrzycę partia klawiszowa przywołuje skojarzenia z kolorowym, ejtisowskim synth-popem. Do tego mamy też znów zabójczo przebojowy refren, który mimo podpórki w postaci gothmetalowej roboty gitarowej rozpływa się uroczo w tradycji bliskiej shoegaze’owi. Z kolei w drugiej zwrotce ten bulgoczący garnek obfituje w riff budzący wspomnienia z Type O Negative, pojawiające się i znikające syntezatorowe plamy oraz urzekający glos Matthildur – coś, jakby Cocteau Twins dla wampirów, ale z indywidualnym sznytem.

„Starfall”

Dobra, pewnie stęskniliście się już za HIM, co nie? Nic dziwnego, solowe sukcesy Ville Valo pokazują, że wszyscy się za nim stęskniliśmy. Zetra również. „Starfall’ bowiem od początku atakuje znajomymi sekwencjami akordów rodem z „Dark Light” i fortepianowymi przesmykami, przy których aż chciałoby się zanucić refren z „Heartache Every Moment”. No właśnie, refren – Zetra, zupełnie jak nasz milusiński książe mroku z Helsinek, wie, że w takiej konwencji refren to wszystko. Dlatego mamy tu i lekko postpunkową dynamikę, synthowy krajobraz a’la The Cure z „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” oraz wokal z tego samego miotu co Evanescence. Dziwne? To dodajcie do całości serię ryków, które gościnnie dostarczyła Serena Cherry z post-hardcore’owego Svalbard. A najlepsze jest to, że o tych przeplatańcach estetycznych myśli się dopiero po rozkręceniu poszczególnych kawałków na śrubki. Same w sobie są do bólu spójne i zwarte – bez żadnych niezręcznych dysonansów poznawczych w tle. Jeśli ma się opanowaną taką songwriterską umiejętność, to ma się wszystko. 

„Sacred Song”

Wszystkie przeanalizowane powyżej piosenki są tymi najświeższymi w skromnym katalogu Zetry, dlatego na koniec pozwolimy sobie na lekki lot w przeszłość. Bardzo lekki, bo ledwie dwuletni. Tam czeka na nas quasi-tytułowe „Sacred Song” z EP-ki „Sacred Songs” – od początku jest ciekawie. Wypracowana co do nutki słodycz zespołu zostaje w tym przypadku zespolona z doommetalowo wlokącym się riffem. Jest więc wolno, jak na standardy tego projektu ciężko i oczywiście bajkowo, bo gdy mozolne walce mieszają się z dream popem, nie ma opcji na nudę. W połowie numeru londyńczycy robią nawet chwilowy zaskok, odpalając znienacka blackmetalowe tremolo i szybkiego blasta! Nie pasuje to do reszty utworu w żaden sposób, a jednocześnie jest tak zgrabnie wplecione, że nie budzi zażenowania. Polecamy zresztą także resztę EP-ki – dryfujący niczym późniejsze Slowdive „Starlit Comet” to idealny nostalgiczny snuj na te przesadnie gorące letnie dni…

ZETRA W POLSCE

Powtórzymy znów – Zetra rusza w trasę po Europie w doborowym towarzystwie Health i Gost. Polski koncert trzech grup odbędzie się 28 października w stołecznej Progresji. Nie chcecie przegapić tak dobrego zestawu. Bilety na wydarzenie znajdziecie TUTAJ

Łukasz Brzozowski

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas