„Wszystko stoi pod znakiem zapytania”. Wywiad z Neurosis

Dodano: 22.09.2026
Neurosis powróciło. Po latach braku aktywności, przerwanej na długi czas jedynie głośnym ogłoszeniem o wyrzuceniu z zespołu Scotta Kelly’ego, wiele osób straciło już nadzieję na taki lead.

A jednak wrócili, znienacka wydając fenomenalnie przyjętą płytę „An Undying Love for a Burning World”. Na miejsce Scotta, w roli wokalisty i gitarzysty, dołączył do nich Aaron Turner, znany w przeszłości przede wszystkim jako lider zespołu Isis, jednych z najbardziej uznanych uczniów stylu Neurosis. To właśnie Aaron, jako reprezentant zespołu opowiedział mi o procesie nagrywania ostatniej płyty, radzeniu sobie ze stratą oraz o istocie wyrażania się przez sztukę. 

Podobno jedynymi obawami Steve’a Von Tilla przed twoim dołączeniem do zespołu, było to, że wydawało się to wręcz zbyt oczywiste, a także to, że będziecie w nieskończoność czytać w komentarzach żarty słowne o Neur-Isis. Faktycznie tak ich dużo?

Czasem się zdarzają, ale nie sądzę by to było autentycznym problemem. Myślę, że Steve jednak częściowo żartował na ten temat. Chociaż fakt faktem – to, co oczywiste nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. W tym przypadku udało się nam nagrać płytę, z której wszyscy jesteśmy tak zadowoleni, że wszelkie obawy o zbytnią oczywistość się rozmyły. Oprócz samego albumu relacje w zespole również wynagradzają cały ten trud.

Nie bałeś się dołączyć do zespołu, który był dla ciebie tak ważny od czasów młodości? Wiem, że ukształtowali mocno twoją muzyczną wrażliwość, więc jak mniemam oprócz ekscytacji odczuwałeś również dużo stresu.

W pewien sposób tak, ale jedną z rzeczy, które mnie stresowały, była obawa przed ostatecznym efektem naszej pracy. Niezależnie od tego, jak szanuję ich muzykę i od wiary we własne możliwości muzyczne, to jeszcze nie oznacza sukcesu. Bałem się tego, że nie będzie między nami chemii, której przecież nie da się przewidzieć ani rozpisać na papierze, nawet jeśli teoretycznie każdy element do siebie pasuje. Obawiałem się również tego, w jaki sposób Neurosis wróci na scenę po tylu problemach. Inną kwestią pozostało znalezienie na to wszystko czasu. Mój harmonogram był pełen jeszcze zanim dołączyłem do Neurosis. W ostatnich latach głównie grałem w Sumac, oprócz tego pracuję również jako artysta wizualny i staram się poświęcać tyle czasu, ile mogę dla mojej rodziny. Nie mam zwyczajnej pracy na etacie, trzaskam dużo zleceń i muszę to wszystko wypośrodkować.

A w tej chwili? Jak to wygląda? Jesteś w Neurosis już dwa lata, udało się jakoś to uporządkować?

Szczerze mówiąc, do teraz jest to problematyczne i staram się to jakoś rozplanować. Kiedy dołączyłem do zespołu, nie byliśmy aż tak zajęci, rzadko mogliśmy spotkać się na próbach. Teraz jest zdecydowanie intensywniej. Od kiedy wydaliśmy płytę, gramy regularnie próby i koncerty. Spędzanie razem czasu, tworzenie muzyki i granie na scenie z tym materiałem jest jednak bardzo satysfakcjonujące. Musiałem wstrzymać chwilowo działalność Sumac. Zresztą Brian (Cook, basista – red.) jest w Russian Circles, a Nick (Yacyshyn, perkusista – red.) przebywa w Kanadzie i w najbliższym czasie nie chce wracać do Stanów, więc obaj są dość zajęci. Wszystko stoi pod znakiem zapytania. Ufam ścieżce, którą prowadzi mnie życie, staram się sobie ciągle o tym przypominać. Czasami sytuacja jest niejasna, ale po jakimś czasie wszystko się rozjaśni i na pewno sobie wtedy z tym poradzę.

Jak szybko przyzwyczaiłeś się do bycia częścią Neurosis? Wiem, że znałeś się ze Steve’em od dłuższego czasu, ale to jednak nie to samo co bycie razem w kapeli.

Racja, przy czym poznałem każdego muzyka Neurosis już w późnych latach 90. Nie wiem, czy to pamiętają, ale podszedłem do nich jako młody dzieciak po koncercie i kupowałem ich merch. Mamy więc kontakt od dawna i niedługo później, w jakimś 1999 albo 2000 roku zaczęliśmy współpracować. Wydawałem muzykę w Neurot (Recordings, wydawnictwo założone przez Neurosis – red.). i czasami robiłem oprawę graficzną do ich pozostałych wydawnictw. Ale to zdecydowanie coś innego niż bycie razem w zespole. Kapela funkcjonuje prawie jak rodzina. Robiliśmy próbę w ostatni weekend i powiedziałem do Jasona i Steve’a, że o ile na początku uczyłem się piosenek jedynie pod kątem technicznym i aranżacyjnym – zwłaszcza w tych utworach, których sam nie współtworzyłem – o tyle obecnie zaczynam czuć i przetwarzać te kawałki całym sobą. W zasadzie nie mam jasnych odpowiedzi na twoje pytania. To ciągły proces nauki i zmiany. Dalej chcę wyzwań, a wdrożenie się w Neurosis zdecydowanie do nich należy. To ciekawe, bo moja twórczość w Sumac jest o wiele bardziej skomplikowana. Muzyka Neurosis to prostsze rzeczy, lecz ma zupełnie inny klimat, inaczej się ją tworzy. Po raz pierwszy od czasów Isis jestem w zespole z tak dużym składem, który tworzy w tak intensywny sposób. To świetne, że mogę udać się w podróż kompletnie inną od tych, które już odbywałem, z ludźmi których szanuję prywatnie oraz których muzykę tak lubię. Nie spodziewałem się, że przytrafi mi się okazja to przeżyć.

No właśnie, jak porównałbyś sam proces twórczy do tego, który znasz z Isis, Sumac albo Old Man Gloom? Wiem, że w Neurosis ogromne znaczenie ma współpraca między wszystkimi.

Kiedy zaczynaliśmy z Isis, było to w jakiś sposób demokratyczne, ale muzykę pisałem głównie ja z perkusistą, Aaronem Harrisem. Kładliśmy fundament pod utwory i z biegiem czasu coraz więcej członków zaczęło się udzielać. Dopóki nasza wizja była spójna, dopóty miało to sens, ale ostatecznie każdy miał inną perspektywą na dalszy kierunek zespołu. Z kolei w Sumac na wejściu powiedziałem Nickowi i Brianowi, że szanuję ich jako muzyków, lecz to ja będę muzycznym reżyserem, odpowiadającym za aranżację i bardzo precyzyjne określenie tego, jak mamy brzmieć. Sumac traktowałem jako kreatywną dyktaturę. W życzliwej atmosferze co prawda, natomiast miało to inny charakter niż Isis i zdecydowanie inny niż Neurosis. Zresztą od Old Man Gloom też, ale ten projekt miał być luźny. Każdy mógł coś od siebie dorzucić. W przypadku Neurosis demokratyczny proces tworzenia traktowany jest bardzo poważnie i wyraźnie nakreślony. Musiałem się do tego mocno przyzwyczaić, bo zajmuje to dużo czasu.

Jak duża część muzyki i tekstów jest twoja? Wiem, że to wspólny wysiłek, ale byłbyś w stanie to oszacować?

Bardzo trudno powiedzieć. Nie da się tego dokładnie rozpisać. Kiedy dołączałem do zespołu, trzy piosenki były już w zasadzie napisane. To, co mogłem wnieść do tych szkieletów utworów, to jedynie połączenie moich partii gitarowych z tym, co już istniało. Resztę materiału pisaliśmy już wspólnie. Każdy dopisywał swoje wątki i dorzucał pomysły do aranżacji, czego byłem zresztą dużą częścią. To było jedną z głównych kwestii, nad którą się zastanawiałem od czasu propozycji dołączenia do zespołu – czy oczekują ode mnie bycia po prostu muzykiem, czy również osobą zaangażowaną w proces twórczy? Słusznie wyczułem, że nie chcą, abym pełnił jedynie rolę gitarzysty i wokalisty. Czułem się szanowaną częścią tego świata, której zdanie jest brane pod uwagę tak samo jak każdego innego.

Wiem, że kiedy zaproszono cię do kapeli, zostałeś poproszony o naukę starych kawałków Neurosis, żebyście mieli na czym ćwiczyć. Pamiętasz, co to były za utwory?

Z tego co pamiętam, na naszej pierwszej próbie graliśmy „Burn”, „Times of Grace”, „At the Well” i „Distill”. Przynajmniej te zapamiętałem, na pewno było ich więcej. Cały proces służył w zasadzie jedynie złapaniu wspólnego flow. Bardzo szybko zaczęliśmy tworzyć nową muzykę, a ja zacząłem się uczyć i dopisywać materiał do powstających demówek. Z czasem całkowicie skupiliśmy się wyłącznie na nowych utworach i dokończeniu płyty.

W „Untethered” śpiewacie, że „za bardzo się brzydzicie oglądać za siebie na ul, który postradał rozum”. Boisz się przyszłości?

Zdecydowanie. Mimo wszystko staram się brać pod uwagę, że nie pierwszy raz ludzkość staje w obliczu zagłady, a mimo to jakoś trwamy, czasami nawet kwitniemy. Chodzi nie tylko o spojrzenie na to, co jest z nami nie tak, ale analizowanie, gdzie popełniamy błędy i wykorzystanie tej wiedzy do parcia do przodu, wytyczenia nowej ścieżki.

Uważasz, że jest gorzej niż na przykład 20 lat temu czy po prostu powtarzamy cały czas te same schematy?

Zdecydowanie powtarzamy. Nie znamy historii na tyle dobrze, by wiedzieć o tym, co dokładnie działo się w przeszłości. Dysponujemy jedynie pozostawionymi dowodami, które zinterpretowaliśmy zgodnie z posiadaną wiedzą i wyobraźnią, ale sporej części informacji o korzeniach naszego gatunku nigdy nie poznamy. Na pewno część zagrożeń ma inną formę niż kiedyś z uwagi na to, że jesteśmy… chciałem powiedzieć „bardziej rozwinięci”, ale to raczej niezbyt trafne wyrażenie, bo odnoszę wrażenie, że w niektórych aspektach się wręcz cofamy. Znamy wojnę, cierpienie, opresję i kolonizację od dawna, nie ma w tym nic nowego. Technologia zmieniła nasze spojrzenie na wiele z tych kwestii, ale też nie jestem pewien czy to coś nowego. W końcu zmiany technologiczne, zmieniające drastycznie – zarówno na dobre, jak i na złe – sposób naszego funkcjonowania też są domeną ludzkości od dłuższego czasu. Zmiana klimatu również oddziałuje na nas w sposób, który jest bardzo zauważalny, a do czego nie jesteśmy przygotowani. Z drugiej strony… pewne rejony świata od zawsze mierzą się z klęskami żywiołowymi, powodziami i pożarami. O ile skala tych zdarzeń jest zwiększana przez człowieka, o tyle samo występowanie tych katastrof i potrzeba radzenia sobie z nimi są odwieczne. 

W „In the Waiting Hours” pada fragment: „Oślepieni przez kurz pełzniemy / W otumaniającym wietrze śpiewamy / A głosy nasze niosą się do niebios”. Czy chodzi o pozytywny wpływ artystycznego wyrazu na stan świata? 

W pewnym sensie tak, ale chodzi o coś więcej, coś bardziej przyziemnego. Ludzie, nawet w bardziej prymitywnych etapach cywilizacji, byli zainteresowani środkami wyrazu oddającymi ich doświadczenia, chociażby przez różnego rodzaju ceremonie i rytuały, które miały nadać sens ich życiu. Miały one na celu zaakcentować to co ważne, dawać możliwość wyrażania siebie w ciężkich czasach. Odnoszę wrażenie, że zwyczaj bycia razem i śpiewania jest afirmacją istnienia. Daje to nam znaczenie, jest źródłem odwagi i odporności na życiowe przeszkody. Nieważne czy tym wyrazem jest konkretnie muzyka, czy może malowanie obrazów, chodzi o samą kreatywność.

Rozumiem więc, że chodzi o samą metodykę wyrażania siebie. Niekoniecznie uzdrawiania świata przez sztukę.

Cóż, myślę że każda metoda wyrażania siebie, która łączy kogoś z innymi ludźmi, jest już formą leczenia.  Bycie człowiekiem to ciągłe ponoszenie i leczenie ran. Im dłużej ktoś nie wyrazi samego siebie, tym proces uzdrowienia jest dłuższy. Patrząc na to z tej perspektywy, muzyka potrafi pomóc.

Jako jeden z przykładów sztuki podałeś malowanie. Odpowiadasz za oprawę graficzną wielu wydawnictw, w tym najnowszej płyty Neurosis. Od kiedy połączenie pasji muzycznej i graficznej stało się dla ciebie oczywiste? Czy nie chciałeś kiedyś utrzymywać się na przykład wyłącznie jako grafik?

Sztuki wizualne, zwłaszcza malowanie i rysowanie, są dla mnie bardzo ważne od młodego wieku. Sam design graficzny odkryłem raczej późno. Nawet nie wiedziałem do końca, co to jest, dopóki nie odkryłem zinów w kulturze DIY i tego, jak to wyglądało na niektórych wydawnictwach. W zasadzie to wręcz element praktyczny. Podziemne sceny punkowe i hardcore’owe wprowadziły mnie w ideę łączenia jednego z drugim. To dzięki temu zorientowałem się, jak dużo ludzi nie tylko nagrywa, wydawaną później na płytach muzykę, ale również tworzy do nich okładki i grafikę. Od razu mnie to zaintrygowało, zwłaszcza że wydało mi się oczywiste, jak wielki sens ma tworzenie oprawy graficznej przez tę samą osobę, która chce coś przekazać w muzyce. To przecież ona najbardziej rozumie, co chciała nią przedstawić i jaka ma być jej reprezentacja wizualna. Oczywiście nie zawsze jest to dobry pomysł. Zdarzają się przypadki, gdzie świetną muzykę przyćmiewa okropna okładka stworzoną przez kogoś z zespołu. Bardzo jednak wpłynęła na mnie wspólna tożsamość oprawy z muzyką w zespołach takich jak Swans, Godflesh czy właśnie Neurosis. Wynikało to właśnie z uczestnictwa w procesie stworzenia oprawy przez członków zespołów.

Ewentualnie przez osoby blisko związane z zespołami. Jak Raymond Pettibon współpracujący z Black Flag.

Dokładnie. Takich przypadków też było sporo. Ludzi, którzy byli na tyle zaangażowani w tworzenie elementu wizualnego danej grupy, że funkcjonowali praktycznie jako dodatkowi członkowie zespołu. Gdyby nie podany przez ciebie Raymond, Black Flag nie miałoby tak charakterystycznej i rozpoznawalnej tożsamości.

Co do punka – jeden z twoich zespołów, Split Cranium, ma w sobie dużo hc/punkowej energii. Czy myślałeś o punkowych wątkach na „An Undying Love for a Burning World”? W końcu na początku Neurosis było zespołem punkowym.

Dalej słyszę punkowe elementy w tej muzyce. Szybszy riff w „Mirror Deep” ma w sobie coś Black Flag. Podobnie punkowo brzmi riff z refrenu w „Seething and Scattered” z Dave’em na głównym wokalu. Dalej słyszę te ich punkowe korzenie rodem z rejonu wschodniej zatoki San Francisco, ale powrót do przedstawienia tego w bardziej bezpośredni sposób byłby po prostu nieszczery. Wątpię, by to się kiedykolwiek stało. Raczej dalej będzie dalej, tak jak teraz – hardcore’owe korzenie będą słyszalne, ale nigdy nie będą na pierwszym planie.

Jak twoja grafika podobała się reszcie składu?

Kiedy zacząłem tworzenie oprawy graficznej płyty, to również był bardzo demokratyczny proces. Przedstawiałem konkretne elementy i je omawialiśmy. Steve w którymś momencie połączył kilka moich pomysłów i przedstawił, jak je widzi. Ostatecznie, trafnie zresztą, ja zostałem do książeczki wpisany jako autor grafiki, a całe Neurosis jako kierownictwo artystyczne. Nie tylko im się podobała, ale również współtworzyli tę oprawę.

Czytałem, że jednym z twoich celów przy zakładaniu Sumac było stworzenie najcięższej muzyki, jaką grałeś. Czy wraz z latami doświadczeń z głośnymi dźwiękami trochę ci to nie minęło? Najnowsza płyta Neurosis jest co prawda intensywna, ale słyszymy na niej dużo lżejszych momentów.

Szczerze mówiąc, dalej przyciąga mnie ciężka muzyka i to na pewno mi nie przeszło. Dalej szukam sposobów, by eksplorować tę perspektywę, ale moja definicja ciężaru dość mocno się rozszerzyła. Wciąż bardzo satysfakcjonują mnie nisko nastrojone gitary, granie muzyki w częstotliwościach dających wręcz ekstremalny efekt, cyklicznie powtarzany rytm i wysoki poziom głośności. Przemawia to do mnie na bardzo pierwotnym poziomie. O ile na pewno rozwijam swój sposób komponowania, prezentowania dynamiki i melodii, o tyle dalej jest to bardzo ważna część mojego podejścia.

Może to rozszerzenie perspektywy to też kwestia wieku. Kiedy byłem dzieciakiem, uważałem najostrzejszą muzykę za tę, która atakuje słuchacza szybkością i intensywnością dźwięku. Obecnie, jeśli słyszę przeciętną kapelę deathmetalową, wydaje mi się ona lżejsza od – przykładowo – albumów The Stooges.

Dokładnie tak! Tylko dlatego, że coś jest głośne i nisko nastrojone nie znaczy, że będzie to naprawdę ciężkie. Na przykład hip-hopowa grupa Dälek jest dla mnie równie ciężka co Neurosis albo Swans. Swans też dobry przykład. To zdecydowanie nie zespół metalowy, a jednocześnie to jeden z przykładów najcięższej muzyki, jaką w życiu słyszałem. Oczywiście sztuka jest subiektywna i każdy ma inną definicję ciężkości, ale zgadzam się. Istnieje duża różnica między czymś co naprawdę utożsamia ciężar, wpływający na ciebie w głęboki sposób, a czymś co jest po prostu sklejką ogranych pomysłów.

Mówiłeś kiedyś, że muzyka grana ze wzmacniaczy jest dla ciebie ważna nie tylko, jako wyraz artystyczny, ale również jako autentyczne, fizyczne zjawisko. Czy Neurosis był jednym z zespołów odpowiedzialnych u ciebie za to podejście? 

Zdecydowanie tak! Jest zdecydowanie coś unikalnego w byciu obezwładnionym przez tak potężną intensywność informacji, jaką musi przetworzyć twój mózg, doświadczając tak głośnej muzyki. To potrafi coś w tobie zmienić, w inny sposób niż przy ciszej granej muzyce. Nie twierdzę przy tym, że jest ona gorsza, ale coś takiego jak Neurosis działa na ciebie najlepiej wtedy, gdy jest grane głośno. To właśnie utożsamia ducha tej muzyki i sprawia, że czujesz to w trzewiach. Ma być intensywnie, by w pewien sposób cię trochę oszukać. Mój przyjaciel, Daniel Menche, grający muzykę noise opowiadał, jak podszedł do niego ktoś po koncercie mówiąc: „Twoja muzyka była tak głośna, że nie mogłem myśleć”. O to chodzi! To ma być na tyle głośne, że umysł przestanie przetwarzać informacje, którymi zazwyczaj jest zawalony i zabierze nas gdzieś poza tę świadomość. Pamiętam, że moim pierwszym, naprawdę hałaśliwym rockowym koncertem był występ Slayera. Kiedy się zaczął, byłem w zasadzie przerażony tym, jak bardzo jest głośny. Kiedy muzyka gra po cichu, w tle, możesz nawet o niej zapomnieć. Jeśli jednak jest intensywna, jesteś zmuszony, by egzystować tylko i wyłącznie w niej. To piękna cecha, która mocno osadza nas w tej konkretnej chwili.

Muzyka, którą tworzysz, zarówno w Neurosis, jak i poprzednich zespołach, potrafi być mocno psychodeliczna. Jednocześnie czytałem, że nie używasz narkotyków od młodości. Czy konsekwentnie, od tamtego czasu, jesteś straight edge?

Zdecydowanie nie uważam, żebym był straight edge. Mogę jednak powiedzieć, że najbardziej intensywna pod kątem psychodelii, twórczość, jaką grałem, powstała całkowicie na trzeźwo. Nie mam problemu z tym, że ludzie biorą narkotyki, zwłaszcza w kwestii psychodelików, które potrafią faktycznie pomóc człowiekowi dostąpić do części samego siebie, do której normalnie nie mają dostępu. Ale wierzę również, że możemy się do nich dostać bez żadnych używek, zwłaszcza dzięki intensywnemu skupieniu i właśnie – omawianemu wcześniej – intensywnemu dźwiękowi. Mój główny problem z używkami polega na tym, że zamiast wzmacniać moją kreatywność, po prostu prowadziły mnie na ścieżkę, którą nie chciałem podążać. Raz na jakiś czas mam ochotę coś zarzucić, żeby pozbyć się stresu i się zrelaksować. Nie mam jednak nawet na to czasu, jestem rodzicem, a przecież to nie jest tak, że sobie tripujesz przez 30 minut, a potem wracasz do odpowiedzialnego życia. Spędzasz na tym cały dzień, a po prostu nie mam przestrzeni życiowej. Do tego prawie zawsze jak już coś brałem, to nigdy nie otrzymywałem takiego efektu, jaki oczekiwałem. Dlatego nie aplikuję nic regularnie. Może kiedyś wrócę do jakichś psychodelików, ale na teraz o tym nie myślę. Mocno zraziło mnie też doświadczenie bad tripa na LSD, kiedy miałem jakieś 12-13 lat. Brałem potem grzyby czy coś, ale kwasu nigdy nie tknę. To było tak kurewsko zjebane doświadczenie i nie chcę przez nie nigdy więcej przechodzić. Nie potrzebuję mierzyć się z ciemnością w ten konkretny sposób.

Który album Neurosis jest twoim ulubionym?

Patrząc na te, na których nie grałem, prawdopodobnie „Enemy of the Sun”. To było dla mnie totalne objawienie i w pewnym sensie zmieniło moje życie. Ale powiem też wprost – moim absolutnie ulubionym albumem Neurosis jest „An Undying Love for a Burning World”, ponieważ go współtworzyłem, absolutnie pokochałem to doświadczenie i ludzi, z którymi go nagrałem. Żadna muzyka nie podoba mi się tak bardzo jak ta, którą sam stworzyłem. Oczywiście nie mam na myśli, że moja muzyka jest lepsza od reszty albo, że muzyka innych nie jest dla mnie ważna, bo oczywiście jest. Chodzi o sam fakt, że uczestnictwo w procesie tworzenia mnie pochłania, że muzyka automatycznie będzie miała dla mnie większe znaczenie. To bardzo głębokie przeżycie, którego nie da się wyjaśnić nikomu, kto tego jeszcze nie doświadczył. Justin Broadrick kiedyś mówił, że dalej tworzy, bo ciągle słyszy w swojej głowie coś, czego jeszcze nie ma.

Sytuacja w Neurosis po wykluczeniu Scotta Kelly’ego musiała być napięta. Czy mocno wpływa to na atmosferę w kapeli?

Myślę, że chłopaki już napisali to w oświadczeniu prasowym, że bardzo ciężko poradzić sobie z takim czymś. Każda sytuacja, która przysparza ci zbiorowego cierpienia, straty lub traumy, nie jest łatwa do przetworzenia. Mam takie doświadczenie chociażby z Old Man Gloom. Jeden z członków zespołu zmarł (chodzi o Caleba Scofielda, basistę – red.), co było dla nas strasznie ciężkim doświadczeniem, a jeszcze cięższym dla jego rodziny. Długo się z tego zbieraliśmy, lecz postanowiliśmy kontynuować granie pod tym szyldem, właśnie w celu nadania znaczenia temu, co się wydarzyło. Myślę, że w Neurosis sytuacja była bardzo podobna i najlepszym co mogli zrobić, by poradzić sobie z tą traumą, była kontynuacja zespołu.

Adam Lonkwic

zdj. Bobby Cochran

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas