„Dopiero teraz obraliśmy właściwy kierunek”. Wywiad z Zespołem Sztylety

Dodano: 22.05.2026
Trójmiejscy post-hardcore’owcy w najlepsze promują najnowszy krążek – „Wszystkie rany niezabliźnione” – dzięki któremu wskoczyli na nowy poziom muzyczny i brzmieniowy. Z tej okazji Łukasz Orzeszko opowiada nam o priorytetach grupy, dojrzewaniu i… swoich grindowych początkach.

Przed paroma miesiącami Sztyletom wybiła ósma rocznica działalności. Jakie były wasze założenia i cele na samym początku?

Wydaje mi się, że założenia były takie, by grać jak najbardziej hałaśliwe. Zresztą wciąż się tego trzymamy, więc można tu mówić o sporej konsekwencji. Mimo tego czuliśmy się mocno niezdefiniowani. Niby szliśmy w stronę noise rocka, ale zawsze pojawiał się w tym pierwiastek punkowy, post-hardcore’owy… Z tego powodu poniekąd uciekaliśmy od celów, które sobie postawiliśmy, lecz nie żałujemy, bo nie mamy czego!

Z czego wynikało niezdecydowanie?

Zakładam, że chodzi o hobbystyczny wymiar zespołu z tamtego czasu. Wiadomo, że teraz nie zarabiamy kroci i nie gramy halowych koncertów, ale w najwcześniejszym stadium działalności robiliśmy to na lekkiej wyjebce. Sztylety nie były podstawowym projektem żadnego z nas, chociaż u mnie były tym jedynym. Nawet moje dołączenie do zespołu wyszło trochę znikąd. Zostałem poproszony o zasilenie składu, ponieważ „umiem coś tam na Abletonie poklikać”. Jak słychać, za dużo nie poklikałem. (śmiech) Zabawne, że teraz chyba wszyscy stawiamy Sztylety na szczycie muzycznej listy priorytetów. 

No właśnie, Sztylety są twoim pierwszym „poważnym” zespołem, więc ominęły cię wszystkie przeglądy muzyczne czy dziwne koncerty w ogródku u cioci przerabiane przez nastolatków.

To prawda. Oczywiście wcześniej grałem też w innych miejscach, ale było to bardzo niezobowiązujące. Pierwsze wydawnictwo, do którego dołożyłem jakąkolwiek cegiełkę, plasowało się w okolicach grindcore’a. Jeśli ktoś dostatecznie mocno pogrzebie na Bandcampie, to na pewno znajdzie. 

Jak to wspominasz?

Beztrosko. Wszystko było toporne, brzmiało katastrofalnie i generalnie chyba nie wiedzieliśmy do końca, co robimy. Ot, urok grania w gówniarskiej kapeli założonej z nudów. Z perspektywy czasu spędzonego ze Sztyletami uważam, że najważniejsza w graniu muzyki jest dobra zabawa i samopoczucie. Jeśli wszyscy spędzają ze sobą fajnie czas, to nie ma powodów do kręcenia nosem. 

Co łączy młodego Łukasza, grającego garażowy grind z dojrzałym Łukaszem, którego znamy ze Sztyletów?

Ten grindcore pojawił się u mnie trochę przypadkowo. W przeszłości słuchałem dużo więcej metalu, więc łatwo było mi się w tym odnaleźć, ale to jednak zupełnie co innego niż dzisiaj. Różnice są diametralnie. Mam inne inspiracje i aspiracje. Nie muszę chyba też mówić, że doświadczenie czy technika są również na zupełnie odmiennym poziomie. Otwarta głowa na wszystkie gatunki również pomaga.

Kiedyś byłeś zamknięty?

Jak najbardziej. Swego czasu byłem bardzo zacietrzewiałym thrashmetalowcem.

Pamiętasz moment zmiany tego stanu?

Był to festiwal Brutal Assault w 2012 roku. Któregoś dnia obejrzałem tam koncert Alcest – dodam tylko, że zaciągnął mnie na niego kolega, bo sam nie byłem specjalnie zainteresowany. To, co zobaczyłem, totalnie mnie zaczarowało. W dodatku Neige (lider zespołu – red.) miał wtedy na sobie koszulkę Cocteau Twins, więc za jednym zamachem sprawdziłem też ich muzykę, która również ma wyjątkowe miejsce w moim sercu. Słowem: strzał w dziesiątkę. 

To zabawne, bo jako twórca zmieniłeś się dużo bardziej niż Neige od tamtego czasu. Zdarza ci się jeszcze śledzić losy Alcest?

Niekoniecznie. To chyba zamknięty rozdział. Jeśli mam ochotę wracać do Alcest, raz na jakiś czas sięgam po którąś z czterech pierwszych płyt. Wszystko, co nagrali od „Kodamy” wzwyż brzmi dla mnie trochę jak zjadanie własnego ogona.

Mówisz, że na wczesnym etapie kariery byliście niezdecydowani – kiedy poczuliście, że wasz styl się ukonstytuował?

Szczerze? Dopiero przy ostatniej płycie poczuliśmy, że obraliśmy właściwy kierunek. W przeszłości bywało lepiej lub gorzej, ale teraz wiemy, co dokładnie chcemy robić. „Tak będzie lepiej” miało jakiś autorski charakter, lecz wtedy ten styl dopiero się wykluwał, a pierwsza płyta brzmi jak dziki przeskok z gatunku na gatunek. Tak naprawdę to split z Żurawiami był najbardziej spójnym materiałem wczesnego wcielenia Sztyletów. 

Rozumiem, o czym mówisz, ale moim zdaniem już od debiutu łatwo rozpoznać, że Sztylety to Sztylety.

Chyba mogę się z tym zgodzić. Mamy charakterystyczny vibe, który określiłbym jako coś na zasadzie udziwnionego post-hardcore’a. Kawałek „Ostrze noża” z nowej płyty dobrze pokazuje, czym jesteśmy. W przeszłości czułem się jednak otoczony różnymi gatunkami, każdym po trochu, co bywało niekomfortowe. Gdy pracowaliśmy nad „Wszystkimi ranami niezabliźnionymi”, wiedzieliśmy, że musimy dać słuchaczom jasny komunikat, co gramy i o co nam właściwie chodzi. 

Potrzeba skonkretyzowania stylu wynika z metryki czy bycia na etapie tej mitycznej trzeciej płyty, która może zmienić wasz los?

Myślę, że trochę z jednego i drugiego powodu. Mimo tego, wszystko dzieje się u nas naturalnie. Gdy dochodzimy do pewnych wniosków lub potrzebujemy zmian, wychodzi to zupełnie na luzie. Nie siedzimy z kartką i długopisem, szukając najdrobniejszych mankamentów, tylko działamy ze wszystkim na bieżąco. Uważam, że jest to dość pomocne, bo czujemy, jak fajnie się rozwijamy – i jako przedsięwzięcie czterech kumpli, i jako każdy z nas z osobna.

Czy w karierze Sztyletów kiedykolwiek doszło do momentu, gdy czuliście, że znajdujecie się na krawędzi rozpadu?

Chyba nas to ominęło. Myślę, że pozostali powiedzieliby to samo. Póki dobrze się bawimy, nie mamy niepokojących myśli związanych z dalszą działalnością Sztyletów. Możesz być pewien, że w najbliższym czasie nie będziemy ogłaszać kilkunastu pożegnalnych tras. Liczy się miło spędzony czas. Fajnie też, gdy znajdują się jacyś ludzie, którzy chcą nas słuchać, ale pod tym względem również jest coraz fajniej. Bez słuchaczy byśmy zniknęli, taka prawda, dlatego doceniamy każdego z nich!

Co mają „Wszystkie rany niezabliźnione”, czego nie miały jej poprzedniczki? Pomijając poruszony wcześniej wątek spójności.

Myślę, że świetną produkcję. Pierwszy raz w karierze zabrzmieliśmy, jak chcemy, dzięki czemu czujemy sporą ulgę. W końcu się udało! Ponadto słychać na tej płycie sporo nabytego doświadczenia oraz chyba najlepsze numery, jakie nagraliśmy – konkretne, bardzo pewne i jadące do celu. Niby normalna sprawa, ale jestem z nich naprawdę dumny. Jeśli ktoś nas nie zna, to najlepiej by zaczął słuchanie właśnie od najnowszego albumu. 

Oj tak, w przeszłości borykaliście się z mocno „polską” produkcją.

Zgadzam się. Również nas to irytowało. Gdy usłyszeliśmy zmiksowaną wersję płyty, wiedzieliśmy, że brzmi dokładnie tak, jak musi. Przy samym nagrywaniu jeszcze tego nie było, bo jednak obcowaliśmy z surowymi wersjami tych utworów. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego i daliśmy radę. 

O czym nowym mówisz?

Chodzi o inne spojrzenie na produkcję. Stwierdziliśmy, że to dobry czas na wypróbowanie kogoś spoza Polski, kto ma jednak inną perspektywę niż nasi lokalni producenci. Stąd wziął się ten norweski kierunek podbity miksem Jørgena Larsena. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. 

Wspomniałeś o wyższym poziomie dojrzałości – jak nie stracić przy nim witalności niezbędnej w takiej muzyce jak wasza?

Wydaje mi się, że to również naturalna kwestia. Dojrzewanie to jedno, ale agresja musi być. Gdyby jej zabrakło, dalsze funkcjonowanie Sztyletów stałoby pod bardzo konkretnym znakiem zapytania.

Na sam koniec wrócimy do grindu: jak brzmiałaby płyta grindcore’owa nagrana przez obecnego ciebie?

Byłoby to coś bardzo przesterowanego, szybkiego – dużo blastów, dużo d-beatu i same konkrety. Tak powinien brzmieć grindcore, przynajmniej w moim wydaniu!

Łukasz Brzozowski

zdj. Muzyczne Oko

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas