Klasyczny amerykański heavy metal z lat 80. zawsze miał się gorzej od jego starszego brata z Europy. Jasne, mamy w tym zestawie naprawdę uznanych graczy, jak chociażby W.A.S.P. czy Savatage, ale obok nich całą masę składów rzędu Helstar, Omen lub Jag Panzer – od fanów dla fanów. Armored Saint poniekąd też zaliczają się do tej grupy. Szczerze, bardzo mi z tego powodu przykro, ponieważ zarówno przed rozpadem (zwłaszcza na fenomenalnym „Symbol of Salvation”), jak i po powrocie oferują gatunkową szkołę najwyższej próby. Mają melodie, mają riffy ze stali, a pompatyczność łączą z przebojowością. „Emotion Factory Reset” nie stanowi tu wyjątku.

Jest jeszcze jedna rzecz, gęsto uwypuklona na nowej płycie: piosenki. Armored Saint są jak najbardziej na wskroś heavymetalowym zespołem, ale takim, którego bez wahania mogą posłuchać nawet antyfani heavy metalu. Chodzi nie tylko o wokale Johna Busha, który wie, że emocje są dużo ważniejsze od tokowania w najwyższych rejestrach. Do tego dochodzi sama muzyka – luźna, brzmiąca ciepło i często odwołująca się do tradycyjnych wzorców hard rocka. Słowem: mniej tu prężenia mięśni, a więcej konkretu. Na przykład „Not on Your Life” z tym atakującym riffem brzmi wręcz jak Alice in Chains powstałe dekadę wcześniej. Z kolei „Compromise” powala rytmiką z okolic amerykańskiego power metalu (tego prawilnego z lat 80.) i festiwalem solówek. W temacie świetnych melodii, najczęściej w unisono, polecam z kolei „It’s a Buzzkill”. Jest na czym ucho zawiesić.
Wiadomo, że za sprawą „Emotion Factory Reset” Armored Saint nie zawojują świata. Tym niemniej nowy album Amerykanów to świetny pokaz siły zespołu – tak się robi heavy metal. Mają być mięsiste hity i są. Kawał dobrej roboty.
Łukasz Brzozowski
(Metal Blade, 2026)
zdj. Travis Shinn