No właśnie, Harley Flanagan. Motor napędowy Cro-Mags. Jego ikoniczny look, wściekłe partie basowe i niepodrabialny wokal świadczą o ówczesnej, ale też współczesnej sile zespołu. Nikt wcześniej nie blendował tak hardcore punka i metalu, zwłaszcza thrashu. Wystarczy zresztą spojrzeć na ich historię koncertową – na pierwszych trasach po Ameryce Północnej supportowała ich choćby Sepultura, a oni sami byli zapraszani na trasy z Megadeth czy Motorhead.
Wielu dzieli Cro-Mags na etapy z Johnem Josephem na wokalu i z Harleyem Flanaganem. Ja proponuję jednak inny podział. Poznajmy się z nimi lepiej.
TA PIERWSZA: „Before the Quarrel” (wyd. niezależne)
Technicznie pierwszym wydawnictwem Cro-Mags jest „The Age of Quarrel”, ale inauguracyjnymi nagraniami są właśnie te z „Before…”. To wiele surowsze wersje kawałków z debiutu, bardziej skierowane w stronę hardcore’a tamtych lat, ale zwiastujące już kierunek zespołu. W zasadzie to większość numerów z pierwszej płyty, choć bez wielkiego, otwierającego „We Gotta Know”. Interpretacje tych utworów z „Before…” są jednak zwyczajnie lepsze, zrobione na punkowym drivie, bardziej hałaśliwe i pozwalające jeszcze bardziej odczuć niepokój tamtych czasów – sama nazwa zresztą wywodzi się z sanskrytu Kali Yuga. Oprócz jeszcze surowszego wydania „World Peace”, wybijają się tu głównie „By Myself”, „Hard Times”, a „Survival of the Streets” i „Signs of the Times” są zdecydowanie lepszymi strzałami niż te z „oficjalnego” debiutu. Do tego można złapać tu bonusa pod postacią dwóch ostatnich kawałków, czyli „Everybody’s Gonna Die” i „Dub” – w końcu przeplatanie hardkora z reggae i dubem za sprawą Bad Brains było wtedy dosyć popularne.
TA NAJLEPSZA: „Best Wishes” (Profile Records)
Choć fani Cro-Mags dalej spierają się, czy lepszy jest ten album czy może debiut, zawsze byłem w teamie „Best Wishes”. To pierwszy album, gdzie Harley przejmuje rolę wokalisty, odpowiada tu za wszystkie numery, a warto zaznaczyć, że każdy jeden jest absolutnym hitem. Nowojorczycy jeszcze bardziej podkręcili wpływy thrashu i popularnych wtedy na scenie hardcore wątków Hare Krishna. Jest to jeden z nielicznych albumów (zaraz obok dema Merauder z Eddiem Suttonem), który miał tak ogromny wpływ na gatunek. Szalone thrashowe riffy przeplatane z groove’em, który napędza cały nowy hardcore – a słychać to choćby u Higher Power, Mizery i Mindforce. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych albumów w historii crossover thrashu, a na pewno top 3 świata hardcore. Uwaga! Gwarantuję, że oszalejesz na punkcie tego albumu od pierwszego przesłuchania.
TA NIEDOCENIANA: “Harley Flanagan – Cro-Mags” (171-A Records)
Podobnie jak w wypadku timeline’u debiutu przypisanie tego albumu do którejś z Cro-Magsowych szufladek jest dość trudne. Płyta pod szyldem Harleya została wydana w 2016 roku, czyli jeszcze trzy lata zanim Flanagan uzyskał prawa do nazwy zespołu. Trudno jednak nie traktować tego albumu jako pełnoprawne wydawnictwo Cro-Mags. W końcu nie dość, że przewodzi temu Harley, to numery są na maksa w stylu, do którego nas przyzwyczaił w ramach kapeli. Choćby z racji nazewnictwa „Harley Flanagan – Cro-Mags” jest często pomijana, a zwiastuje nową erę formacji, kontynuowaną na płycie z 2020 i na nowych singlach z tego roku. No właśnie – nową? Wracamy tutaj do surowości i tempa z pierwszego krążka, bas jeszcze bardziej przeszywa, a Harley udowadnia, że jest jednym z ciekawszych muzyków i wokalistów sceny hardcore punkowej. Już od otwierającego „I Come In Peace” można poczuć ten vibe, który sprawił, że tylu z nas zakochało się w Nowojorczykach. Dalej tempo tylko przyspiesza, żeby eksplodować w „I’ll Fuck You Up”. Jak wspomniałem w przedmowie, wydawnictwo to jest idealnym przykładem na wysoki poziom Cro-Mags po tak długim czasie działalności. Gorąco polecam, bo brzmią tutaj, jakby wydano zagubione dema z lat 80.
Koncerty Cro-Mags z Harleyem w obecnej, sportowej formie to eksplozja energii – podobna do tej na okładce „The Age of Quarrel”. Na żywo nie zwalniają tempa, a stare hity przeplatane są nowymi numerami, które wcale im nie ustępują. Przekonaj się sam.
Igor Prusakowski
zdj. materiały zespołu