Demony młodości, ekscentryzm i muzyczne egzorcyzmy. Kim jest Mimi Barks?

Dodano: 28.05.2026
Gdy widzicie ją na scenie, dostajecie maksymalnym ładunkiem wszystkiego po oczach. Ma krzykliwy wizerunek, krzyczy do mikrofonu i nie obchodzą jej konwenanse. Poznajcie się z nią, czytając ten tekst!

Przygodę z Mimi Barks warto zacząć od jej najnowszego klipu – „Jericho”. Oto jawi się przed nami rudowłosa postać w sypialnianej bluzce, która wypluwa duszę, wijąc się w wielkim pustostanie. Z czasem elementy tła się zmieniają, artystka snuje się w futrzanym płaszczu, później jest przepasana łańcuchami… Wszystko to w akompaniamencie muzyki rozbitej między niemal alt-popową słodyczą a metalowymi tąpnięciami. Całkiem niezła autoprezentacja, prawda? Stoi za nią dużo rzeczy, o czym opowiadam poniżej.

BYCIE „TĄ INNĄ”

Nie znamy jej prawdziwego imienia i nie posiadamy zbyt wielu informacji o najwcześniejszym dzieciństwie. Barks eksponuje siebie, ile wlezie, ale jednocześnie dba o anonimowość w aspektach życia, których nie chce podawać do szerszej wiadomości. Szanuję to, bo całkiem nieźle utrzymuje swoje sekrety. Z ogółów wiemy tyle, że artystka urodziła się w małej miejscowości w zachodnich Niemczech. Jako nastolatka nie miała łatwo. Była gnębiona przez szkolnych znajomych za niekonwencjonalną stylówkę. „Zawsze czułam się odmieńcem” – wspominała w rozmowie z „Kerrang” w 2022 roku. W dalszej kolejności przeprowadziła się do Berlina. – „Pracowałam w piekarniach i kawiarniach. Zawsze upewniałam się, że mogę nosić to, na co mam ochotę – opowiadała „Metal Hammerowi” w ubiegłym roku. – „Dlatego też zdarzało mi się obsługiwać ludzi w totalnie fetyszystycznych ciuchach. Któregoś razu podawałam kawę w staniku z otwartymi miseczkami”. Nigdy nie poddawała się normom społecznym, co wyrażała także za pomocą swojej muzyki.

LONDON EXPERIENCE

W 2019 roku Mimi Barks przeprowadziła się do Londynu. Berliński tryb życia okazał się przytłaczający i niezdrowy, dlatego musiała zmienić otoczenie. Mniej więcej w tym czasie świat po raz pierwszy usłyszał jej utwory. W lipcu tamtego roku ukazała się jej pierwsza EP-ka, „Enter the Void”, na której słyszymy bardzo wyraźny styl twórczyni. To nie jest muzyka stworzona z celem pogłaskania słuchacza i podania mu na tacy czegoś ładnego – wręcz przeciwnie. Trap metal w wydaniu tej Niemki roi się od industrialnych trzasków, glitchów, zgrzytów, a trapowe beaty sąsiadują z przepuszczonymi przez sito brudnej elektroniki riffami. Na czele tego stoi oczywiście ona sama – rozwrzeszczana i gotowa rozszarpać odbiorcę. Materiał spotkał się z ciepłym przyjęciem, ale już od początku Mimi Barks polaryzowała. Jedni zachwycali się katartyczną falą hałasu, inni nie mogli tego znieść. Ta charakterystyka idealnie oddaje jej charakter. Po premierze mini-albumu konsekwentnie pracowała i właściwie przez całą pandemię wydawała kolejne single. Baza jej fanów rosła. W 2022 roku zagrała ponad 20 koncertów. NIe była już anonimową postacią.

WALKA Z DEMONAMI

To właśnie wtedy Mimi wypuściła pierwszy mikstejp – „Deadgirl”. Muzyka nabrała większej dojrzałości, stała się bardziej zróżnicowana, a jednocześnie wciąż przepełniona gniewem. Sama artystka z dumą określa ją jako „doom trap”. O co w tym chodzi? Tak tłumaczyła to „Kerrangowi”: „Ochrzciłam swoją muzykę jako <<doom trap>>, ponieważ mieści się w osobnym uniwersum strachu i rozpaczy. Jest bardziej głęboka i autorefleksyjna od trapu, wręcz przywołuje nadciągającą zagładę za sprawą mrocznej i ciężkiej atmosfery”. Brzmi sensownie, tym bardziej że stojąca za materiałem warstwa konceptualna to przejście przez wewnętrzne piekło. – „Cały materiał opowiada o mnie. To odrodzenie złamanego dziecka – martwej dziewczyny. Jestem narodzona na nowo jako liderka, bogini i wciąż się przebudzam”. Ewidentnie czuć, że jej przebudzenie nie ustaje, a katartyczny zlew wszystkiego co przerażające wciąż oddziałuje na słuchaczy równie mocno jak wcześniej. Nic dziwnego, zwłaszcza jeśli ma się na stanie TAKIE numery.

DEBIUT PEŁNĄ PARĄ

Mimi Barks jest wiecznie zapracowana. – „Nie mogę siedzieć w jednym miejscu dłużej niż dwie minuty. Szybko się nudzę. Muszę robić rzeczy i koncertować – tłumaczyła „Kerrangowi”. – „Gdy kończę trasę, nie chcę wracać do domu. Jak już werżniesz się w ten styl życia, jedziesz na autopilocie. Powrót do normalnego życia po 30 dniach tournee jest przygnębiający”. To chyba normalne, że mając takie podejście, nie przestaje harować. W 2024 roku ukazał się pełnoprawny debiut artystki, którego esencja zawiera się już w tytule, czyli „This Is Doom Trap”. „Kluczem tego albumu jest balans” – przekonywał recenzent „Devolution Magazine”, Gary Trueman. Właściwie trafił w dziesiątkę, ponieważ chaotyczna i rozbuchana estetycznie muzyka Barks nie byłaby tak dobra, gdyby nie talent do tworzenia świetnych numerów. Takie bujające, a jednocześnie niepokojące strzały jak „House Full of Fakes” dowodzą jej umiejętności. 

CO DALEJ?

Mamy 2026 rok. Mimi Barks wciąż jest na wojnie ze wszelkimi tabu i zwyczajnością. W ostatnich miesiącach opublikowała dwa single – „Dreamstate of Hell” oraz wspomniany na wejściu „Jericho”. Po zawartości obu od razu widać, że artystka nie zwalnia tempa i nie godzi się na miękniecie z wiekiem. O to chodzi.

Jedną z największych sił Mimi Barks są koncerty. 24 czerwca zobaczycie ją na Nu_Blood Fest w krakowskim Hype Parku, gdzie pokaże wszystkie mocne strony. Bądźcie tam!

Łukasz Brzozowski

zdj. materiały artystki

Bilety na Nu_Blood Fest kupicie TUTAJ

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas