Poznajmy się: Coroner

Dodano: 16.06.2026
Zawsze inni, zawsze niedoceniani, zawsze na uboczu. Coroner wniósł do thrashu nową jakość, ale słuchacze niekoniecznie ich rozumieli. Jak to często bywa, zostali docenieni po śmierci. Jakiś czas temu zmartwychwstali, więc poznajmy się!

Gdy Szwajcarzy wydali swój ostatni (bardzo dobry) album, „Dissonance Theory”, metalowa publiczność przyjęła go z otwartymi ramionami. Dziennikarze i fani prześcigali się w zapewnieniach, że tęsknili za Coroner, że dobrze mieć ich z powrotem. To oczywiście bardzo krzepiące, ale ma się wrażenie, iż te laurki przyszły za późno. W końcu grupa z Zurychu odmeldowała się w latach 90. właśnie z powodu raczej miernego poziomu popularności. A szkoda, bo do momentu rozpadu byli bezbłędnym składem, który nie podchodził do thrashu czy też technicznego thrashu w typowy sposób. Zawsze wykręcali wszystko i dekonstruowali po swojemu. Właśnie dlatego są wielcy.

TA PIERWSZA: „R.I.P.” (Noise)

Trzeba mieć tupet, by przywitać się ze światem płytą, w której tytule zawiera się ostatnie pożegnanie. Trzeba mieć też tupet i mnóstwo młodzieńczej bezczelności, by w wieku 20 lat zadebiutować właśnie takim materiałem. „R.I.P.” z całą pewnością nie sytuuje się w czubie największych dokonań Coronera, ale idealnie pokazuje, jaki potencjał drzemie w tych chłopach i jak wiele kreatywności w sobie mają. Jak żartobliwie podkreślał Tommy T. Baron, na tym etapie zespół bardzo gęsto eksponował swoje zdolności techniczne, chcąc w ten sposób pokazać, że dużo ćwiczą. To czuć. Wydany w 1987 r. krążek to jadowity thrash zainfekowany progrockowymi strukturami – ma być gęsto, obficie w kwestii obecnych w muzyce wątków i bez hamulców. Tak też jest. To nie są najlepiej skonstruowane numery Szwajcarów, przy czym niezmiennie budzą wrażenie. W takim „Reborn Through Hate” dostajemy i thrashowy pęd, i heavymetalową rytmikę, i neoklasyczne solówki. Z kolei ciągle łamane, modyfikowane pod kątem tempa „Fried Alive” brzmi tak, jakby tercet wręcz stał na palcach, ugrywając te przedziwne motywy. Niedoskonały materiał, ale pełen pasji i talentu. Dobra rzecz.

TA NAJLEPSZA: „Mental Vortex” (Noise)

Na pewno znajdą się czytelnicy, którzy w popukają się po głowie, bo przecież w obiektywnym sensie najlepszym albumem Coronera jest „No More Color”. Zupełnie rozumiem, dlaczego ktoś tak myśli – ba!, sam stawiam ją od razu na drugim miejscu. Mimo wszystko wskazuję „Mental Vortex” jako tę najwspanialszą płytę, ponieważ na niej styl formacji w pełni okrzepł i osiągnął najwyższy poziom. Produkcyjnie materiał jest nie do zajechania – brzmi krystalicznie czysto, mocno i energetycznie, a jednocześnie wciąż uderza słuchacza w twarz. Do tego numery są profesorsko rozegrane. Tym razem Coroner nieco się ujarzmił i zmienił podejście do komponowania. To w dalszym ciągu szalenie zaawansowany technicznie metal, lecz nieco prostszy, zdecydowanie bardziej zwarty i eksponujący cały mrok, który wyróżniał Szwajcarów na tle wielu kolegów po fachu. Szukacie thrashu, który tnie riffami, na chwilę zagląda w świat ethereal wave, a później wraca do progresywnej maestrii? Włączcie otwierający „Divine Step (Conspectu Mortis)”. A może potrzebujecie czegoś mocno rozbujanego, ale i tak złożonego, wolnego od prostactwa? Tu przychodzi wyśmienity „Sirens”. Do tego mamy też cover „I Want You (She’s So Heavy)” Beatlesów, idealnie wpleciony w tkankę płyty. Słabe momenty: nie odnotowano.

TA NIEDOCENIANA: „Grin” (Noise)

W 1993 roku thrash metal był martwy. Mało kto miał ochotę go grać, a już tym bardziej słuchać. Ale czy ostry zakręt Coronera na „Grin” wynika z koniunktury? Tu zdania będą podzielone, lecz uważam, że zdecydowanie nie. Już na „Mental Vortex” pokazali, że zaczyna im się robić trochę ciasno w tej jaskini, dlatego warto by poszukać nowych wrażeń. No i je znaleźli. Ilekroć spotykam się z próbami klasyfikacji „Grin”, trafiam na to paskudne hasło, czyli groove metal. Jasne, numery z ostatniego krążka tercetu wydanego przed rozpadem są oparte na rytmice, a nie żwawych sprintach, ale wrzucanie ich do jednego worka z kopistami Pantery czy Sepultury jest krzywdzące. To mantryczne utwory, często równie zawiłe co ich wcześniejsze nagrania, ale dziwniejsze, bardziej niepokojące – biorące słuchacza na przeczekanie. Pamiętacie Grip Inc., w którym grał Dave Lombardo? To znacznie bliższy temu krążkowi przykład. Najbliższe dawnemu Coronerowi jest tu „Internal Conflicts”, lecz i tak czai się w nim psychodeliczna aura. Z kolei repetytywny „Serpent Moves” stoi niemal industrial-rockowymi riffami i eksplozją w refrenie. Moim faworytem jest chyba jednak wieńczący „Host”, który brzmi niemal jak antycypacja późniejszego stylu Neurosis. Takie budowanie suspensu i dramaturgii czy wręcz czajenie się na słuchacza, by chwilę później znienacka go uderzyć wymaga smykałki. Tym przyjemniaczkom jej nie brakowało.

Jak pewnie już wiecie, Coroner da w Polsce dwa październikowe koncerty. Nie zwlekajcie i dajcie sobie szansę, by usłyszeć te palcołomne utwory na żywo, a wyjdziecie zachwyceni. W końcu drugiego takiego zespołu po prostu nie ma. Wiem, co mówię.

Łukasz Brzozowski

zdj. Manuel Schuetz

Bilety na polskie koncerty Coroner kupicie TUTAJ.  

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas