Gdy Szwajcarzy wydali swój ostatni (bardzo dobry) album, „Dissonance Theory”, metalowa publiczność przyjęła go z otwartymi ramionami. Dziennikarze i fani prześcigali się w zapewnieniach, że tęsknili za Coroner, że dobrze mieć ich z powrotem. To oczywiście bardzo krzepiące, ale ma się wrażenie, iż te laurki przyszły za późno. W końcu grupa z Zurychu odmeldowała się w latach 90. właśnie z powodu raczej miernego poziomu popularności. A szkoda, bo do momentu rozpadu byli bezbłędnym składem, który nie podchodził do thrashu czy też technicznego thrashu w typowy sposób. Zawsze wykręcali wszystko i dekonstruowali po swojemu. Właśnie dlatego są wielcy.
TA PIERWSZA: „R.I.P.” (Noise)
Trzeba mieć tupet, by przywitać się ze światem płytą, w której tytule zawiera się ostatnie pożegnanie. Trzeba mieć też tupet i mnóstwo młodzieńczej bezczelności, by w wieku 20 lat zadebiutować właśnie takim materiałem. „R.I.P.” z całą pewnością nie sytuuje się w czubie największych dokonań Coronera, ale idealnie pokazuje, jaki potencjał drzemie w tych chłopach i jak wiele kreatywności w sobie mają. Jak żartobliwie podkreślał Tommy T. Baron, na tym etapie zespół bardzo gęsto eksponował swoje zdolności techniczne, chcąc w ten sposób pokazać, że dużo ćwiczą. To czuć. Wydany w 1987 r. krążek to jadowity thrash zainfekowany progrockowymi strukturami – ma być gęsto, obficie w kwestii obecnych w muzyce wątków i bez hamulców. Tak też jest. To nie są najlepiej skonstruowane numery Szwajcarów, przy czym niezmiennie budzą wrażenie. W takim „Reborn Through Hate” dostajemy i thrashowy pęd, i heavymetalową rytmikę, i neoklasyczne solówki. Z kolei ciągle łamane, modyfikowane pod kątem tempa „Fried Alive” brzmi tak, jakby tercet wręcz stał na palcach, ugrywając te przedziwne motywy. Niedoskonały materiał, ale pełen pasji i talentu. Dobra rzecz.
TA NAJLEPSZA: „Mental Vortex” (Noise)
Na pewno znajdą się czytelnicy, którzy w popukają się po głowie, bo przecież w obiektywnym sensie najlepszym albumem Coronera jest „No More Color”. Zupełnie rozumiem, dlaczego ktoś tak myśli – ba!, sam stawiam ją od razu na drugim miejscu. Mimo wszystko wskazuję „Mental Vortex” jako tę najwspanialszą płytę, ponieważ na niej styl formacji w pełni okrzepł i osiągnął najwyższy poziom. Produkcyjnie materiał jest nie do zajechania – brzmi krystalicznie czysto, mocno i energetycznie, a jednocześnie wciąż uderza słuchacza w twarz. Do tego numery są profesorsko rozegrane. Tym razem Coroner nieco się ujarzmił i zmienił podejście do komponowania. To w dalszym ciągu szalenie zaawansowany technicznie metal, lecz nieco prostszy, zdecydowanie bardziej zwarty i eksponujący cały mrok, który wyróżniał Szwajcarów na tle wielu kolegów po fachu. Szukacie thrashu, który tnie riffami, na chwilę zagląda w świat ethereal wave, a później wraca do progresywnej maestrii? Włączcie otwierający „Divine Step (Conspectu Mortis)”. A może potrzebujecie czegoś mocno rozbujanego, ale i tak złożonego, wolnego od prostactwa? Tu przychodzi wyśmienity „Sirens”. Do tego mamy też cover „I Want You (She’s So Heavy)” Beatlesów, idealnie wpleciony w tkankę płyty. Słabe momenty: nie odnotowano.
TA NIEDOCENIANA: „Grin” (Noise)
W 1993 roku thrash metal był martwy. Mało kto miał ochotę go grać, a już tym bardziej słuchać. Ale czy ostry zakręt Coronera na „Grin” wynika z koniunktury? Tu zdania będą podzielone, lecz uważam, że zdecydowanie nie. Już na „Mental Vortex” pokazali, że zaczyna im się robić trochę ciasno w tej jaskini, dlatego warto by poszukać nowych wrażeń. No i je znaleźli. Ilekroć spotykam się z próbami klasyfikacji „Grin”, trafiam na to paskudne hasło, czyli groove metal. Jasne, numery z ostatniego krążka tercetu wydanego przed rozpadem są oparte na rytmice, a nie żwawych sprintach, ale wrzucanie ich do jednego worka z kopistami Pantery czy Sepultury jest krzywdzące. To mantryczne utwory, często równie zawiłe co ich wcześniejsze nagrania, ale dziwniejsze, bardziej niepokojące – biorące słuchacza na przeczekanie. Pamiętacie Grip Inc., w którym grał Dave Lombardo? To znacznie bliższy temu krążkowi przykład. Najbliższe dawnemu Coronerowi jest tu „Internal Conflicts”, lecz i tak czai się w nim psychodeliczna aura. Z kolei repetytywny „Serpent Moves” stoi niemal industrial-rockowymi riffami i eksplozją w refrenie. Moim faworytem jest chyba jednak wieńczący „Host”, który brzmi niemal jak antycypacja późniejszego stylu Neurosis. Takie budowanie suspensu i dramaturgii czy wręcz czajenie się na słuchacza, by chwilę później znienacka go uderzyć wymaga smykałki. Tym przyjemniaczkom jej nie brakowało.
Jak pewnie już wiecie, Coroner da w Polsce dwa październikowe koncerty. Nie zwlekajcie i dajcie sobie szansę, by usłyszeć te palcołomne utwory na żywo, a wyjdziecie zachwyceni. W końcu drugiego takiego zespołu po prostu nie ma. Wiem, co mówię.
Łukasz Brzozowski
zdj. Manuel Schuetz