„Próbujemy nadążyć za światem, ale nie zawsze dajemy radę”. Wywiad z Wolfpack Heading Nowhere

Dodano: 18.06.2026
Związek Polski z metalem gotyckim prawie nigdy nie obfitował w dobre rzeczy, tylko koszmarki wpadające w najgorsze rejony nurtu. Wolfpack Heading Nowhere prezentuje bardziej piosenkowe, a mniej wzniosłe podejście do ciężarów na smutno. O co im właściwie chodzi? Odpowiada wokalista, Res.

Jak to się u ciebie zaczęło z metalem?

Muszę sięgnąć daleko wstecz, bo słucham metalu gdzieś od gimnazjum. Zaczynałem niewinnie. Nie wiedziałem, o co chodzi w tej muzyce, więc sięgałem po rzeczy pokroju Linkin Park i inne nu-metalowe sprawy. Kolejne rzeczy poznawałem dzięki wujkowi, który zawsze był fanem metalu, dlatego podpatrywałem, co go jara. W ten sposób odhaczyłem Rammstein, Iron Maiden… 

No dobra, ale kiedy nastąpił moment obsesji na punkcie tej muzyki?

Nastąpił za sprawą In Flames. Wtedy złapałem totalnego bakcyla. Oczywiście chodzi o te pierwsze albumy – „The Jester Race” czy „Colony”. Późniejszych rzeczy również słuchałem, bo zespół zmieniał się z płyty na płytę, lecz starocie rezonują ze mną najmocniej. Ich wokalista, Anders Friden, miał na mnie olbrzymi wpływ, gdy sam zacząłem śpiewać. Wzorowałem się na nim. 

W jaki sposób? On robił wiele rzeczy ze swoim głosem.

Chodzi przede wszystkim o jego wokale z „Come Clarity”. Ten album zawiera w sobie niesamowitą dozę emocji. Słuchasz go i czujesz, że chłop naprawdę to przeżywa, a do tego bardzo dobrze radzi sobie od strony technicznej. Niemniej jego warsztat funkcjonuje tu wyłącznie jako dodatek, ponieważ na pierwszym miejscu zawsze jest autentyczność. Czasami czuję wręcz, że w przypadku rzeczonego materiału emocje biorą górę nad poprawnym śpiewaniem – w którymś momencie zaproponuje jakąś nietypową partię, w jeszcze innym do bólu się wykrzyczy… Imponowało mi to. W sumie wciąż imponuje. Koleś ma talent do snucia swoich opowieści.

Zrozumiałe.

Ale na poprzednich płytach również mu tego nie brakowało, mimo że śpiewał inaczej – niżej, bardziej w stronę growlu. Zdecydowanie wyrazisty piosenkarz, nie mogę mu tego odmówić. Krzyk nie musi być jednostajny i nudny, tylko prowadzić do różnych form ekspresji. Bardzo doceniam, gdy ktoś tak robi.

Ale twoje wokale w Thvn czy Wolfpack Heading Nowhere nie mają z nim nic wspólnego.

Pewnie, że tak. Pytałeś o sam początek, więc odpowiedziałem. 

Co było później?

Jednym z fundamentalnych dla mnie zespołów był również szwedzki Lord Belial. Grają prawdziwy, do bólu przeszywający black metal. Mają idealnie pasujący do tego wokal – brzmi jak inkarnacja nienawiści. Dzięki temu zespołowi mam w sobie ekstremalny korzeń.

Skąd wziął się romantycko-gotycki korzeń?

Nie zaskoczę cię, ale oczywiście z Type O Negative. Ten zespół ma bardzo szczególne miejsce w moim serduszku. Mogę słuchać „October Rust” właściwie przez cały czas i nigdy mi się nie znudzi. 

Ale nie próbujesz małpować Petera Steele’a.

Nie małpuję go i cieszę się, że to zauważyłeś. Gdybym próbował, wypadłbym jak ostatni matoł. Peter Steele był tylko jeden – podrabianie go zupełnie mija się z celem. Ten rodzaj oryginalności i tragiczności w głosie są rzeczami, których nie nabywa iluś tam wokalistów, tylko on jeden. Nie śmiałbym więc próbować być jego klonem. Zresztą po co miałbym? Lepiej robić coś swojego niż udowadniać światu, że umie się kogoś kopiować. 

Co jest najważniejsze przy robieniu muzyki po swojemu?

Pozostańmy w takim razie przy Type O Negative, bo to dobry przykład. Gdy ich słucham i chłonę te melodie, staram się wyciągnąć z tej muzyki wrażliwość czy emocjonalność, które oczywiście prawie zawsze idą w parze. Gdy już jestem tym przesiąknięty, ubieram te stany w coś własnego, przepuszczam je przez własny filtr. Chcę zaakcentować autorski pierwiastek w tekstach czy muzyce i pokazać światu, że ja to ja, a nie czyjś tam sobowtór. Podobnie jest ze stylem śpiewania. Mam dużo wyższy głos od Steele’a, dlatego kombinuję z nim tak, by wydobyć ze śpiewu wyłącznie siebie i własne atuty.

Wspomniany wcześniej tragizm również u was występuje. To emulowanie pewnych emocji czy lament prosto z serca?

Trochę tak, a trochę tak. Nie wcielam się za bardzo w kogoś, kim nie jestem, ale biorąc pod uwagę obraną przez nas konwencję, jasnym jest, że trochę hiperbolizuję i upiększam pewne wątki. Mam taką zasadę, że nie śpiewam niczego, z czym się nie zgadzam lub nie utożsamiam. W innym przypadku wyszedłbym na fałszywca. Mimo wszystko nie czuję potrzeby wchodzenia w jakąś rolę ponad miarę, wolę być sobą. 

Sytuacje, o których opowiadasz w tekstach, to rzeczy z życia wzięte?

Wiadomo, że w dużej mierze zostały przeze mnie wymyślone na potrzeby tych piosenek, ale nie odbiera mi to szczerości. Te teksty są tak naprawdę parabolą tego, co wydarzyło się w życiu moim lub też Szczepana Inglota (gitarzysty – red.), ponieważ robi on sporo nie tylko na gruncie kompozytorskim, ale lirycznym również. Można powiedzieć, że zasadnicza część tekstów to jego sprawka. 

Jak duży procent Resa, który frontuje Wolfpack Heading Nowhere, widzisz w Macieju funkcjonującym jako normalny człowiek?

Ciekawe. Powiedziałbym, że to duży procent. Kiedy myślę o sobie z czasów młodzieńczych, czyli Macieju w przedziale wiekowym 18-25, mam przed oczami bardzo emocjonalnego, romantycznego i wrażliwego człowieka, który czasami czuł się zagubiony w otaczającym go świecie. Absolutnie normalna sprawa chyba dla każdego, kto wchodzi lub wchodził w dorosłość. Gdy wracam do tych wspomnień, łatwo mi uwierzyć w osobę, którą przedstawiam na scenie podczas koncertów. 

Kogo przedstawiasz na scenie?

W przypadku Wolfpack Heading Nowhere jeszcze trudno mi o tym mówić. Nasz debiutancki koncert odbędzie się dopiero na tegorocznym Castle Party, więc zostało nam jeszcze trochę czasu. Gdybym jednak miał opisać tę personę na bazie swoich wyobrażeń i wewnętrznych schematów, powiedziałbym, że ta postać jest pełna żalu po stracie, stara się zrozumieć świat, ale stoi w opozycji do niego… Na przykład gdy występuję na scenie z Thvn, czuję swoistą bezsilność. Gniew, który ze mnie wypływa i znajduje ujście na płytach czy koncertach, wynika właśnie z bezsilności względem rzeczywistości, przemijania oraz ciągłych zmian. Próbujemy za tym wszystkim nadążyć, ale nie zawsze dajemy radę. 

Czy po latach wrzeszczenia przerzucenie się na śpiew pełną piersią w Wolfpack Heading Nowhere było niezręczne?

Nie było w tym wielkiej niezręczności. Przez cztery lata uczyłem krzyku w szkole muzycznej. W tamtym czasie miałem też okazję brać lekcje od innych nauczycieli. Pokazywali mi sporo fajnych trików, jak wydobywać z siebie dźwięk, śpiewając czysto. Dzięki temu nauczyłem się bardzo wielu rzeczy w kontekście operowania aparatem głosowym. Wbrew pozorom światy darcia się wniebogłosy oraz śpiewania są ze sobą dużo mocniej połączone niż można by zakładać. Jeśli chcesz krzyczeć w taki sposób, by po dwóch koncertach nie wysiadł ci głos, musisz poznać podstawy „normalnego”, nieprzesterowanego śpiewu. 

Polskie zespoły mierzące się z metalem gotyckim najczęściej wpadają w morze sera, nieudolnego powielania wzorców zagranicznych i słowiańskiej przaśności. Uniknęliście tego?

To jest dla mnie tajemnicą, bo nie ukrywam, że kiedy materiał powstawał, odnosiłem wrażenie, iż gramy absolutny ser. (śmiech) Ale ogólnie nie brzmimy wieśniacko, to prawda. Szczepan ma bardzo konkretną wizję wszystkiego związanego z Wolfpack Heading Nowhere i sukcesywnie ją realizuje. Gościu posiada ogromne doświadczenie sceniczne i to w wielu gatunkach, bo przecież grał ekstremalną muzę pod różnymi szyldami. Generalnie wszyscy staramy się, by nie było nudno. Niezależnie od poziomu melancholii czy romantyzmu należy pamiętać, że te numery mają wpadać w ucho i przyciągać melodiami. Jeśli według słuchaczy dajemy sobie z tym radę, jestem bardzo zadowolony. 

Gdybyś w alternatywnej rzeczywistości mógł zaśpiewać na dowolnej płycie, co by to było?

Trudne pytanie! Obawiam się, że trochę nie wiem, co powiedzieć, bo niezależnie, czego bym nie wskazał, dawałbym wrażenie zazdroszczenia komuś udanej kariery. (śmiech) Staram się tego unikać. Ale jeżeli chciałbym wziąć udział w tworzeniu jakiejś klasycznej płyty, na pewno byłoby to „The Fragile” Nine Inch Nails. Podobnie ze wspomnianym już w trakcie tej rozmowy „October Rust”. Kocham te materiały. 

Łukasz Brzozowski

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas