Turbo to niekwestionowane legendy polskiego metalu, ale moim zdaniem naprawde wysoki poziom osiągnęli wyłącznie na trzech płytach – „Dorosłych dzieciach”, „Ostatnim wojowniku” i właśnie „Kawalerii szatana”. W innych przypadkach było nieźle („Smak ciszy” lub parę albumów wydanych w ostatnim dwudziestoleciu) albo zabawnie, ale raczej wbrew intencjom twórców („Epidemie” bądź „Awatar”). Oto powody, dla których wydany cztery dekady temu krążek Wojciecha Hoffmanna i spółki jest niezawodny.
KUMACJA ESTETYKI
W książce „Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu” Jarek Szubrycht idealnie ustrzelił esencję stylu Turbo. Napisał bowiem, że gdyby zapytać ich, co grają, najpewniej odpowiedzieliby: „A co trzeba?”. Niestety z jakiejś przyczyny wielkopolska formacja prawie zawsze była niewolnicza wobec obieranej koniunktury, co w wielu przypadkach kończyło się fiaskiem. Jeśli o „Kawalerię…” chodzi, problemu nie było, ponieważ grupa – a zwłaszcza tandem w osobach Wojciecha Hoffmanna i Andrzeja Łysowa – doskonale wczuła się w heavy/thrashową konwencję dominującą na albumie. W związku z tym działało wszystko: fantazyjne solówki, powracające w odpowiednich momentach melodie, a także riffy, w których wyraża się i epicka aura, i speedmetalowy żar na najwyższych obrotach. Jeśli chodzi o poziom intensywności, mamy do czynienia z muzyką środka, lokującą się jednak znacznie bliżej metalowej klasyki. W takim położeniu Turbo odnajdywało się zdecydowanie najlepiej. Niestety później (z wyjątkiem „Ostatniego wojownika”) poznański kwintet nie dał rady utrzymać tak dobrego balansu.
NIEŚMIERTELNE PRZEBOJE
Nie chodzi wyłącznie o równowagę gatunkową, ale przede wszystkim o songwriterski Olimp. I tu znów pochwały należą się duetowi Łysów-Hoffmann, który odpowiada za skomponowanie wszystkich utworów. Muzycy w bezbłędny sposób przerzucają się coraz to kolejnymi motywami, łącząc i aranżerską dojrzałość, i młodzieńczą energię, która przecież stanowi o geniuszu wielu metalowych klasyków. Nie inaczej jest z „Kawalerią szatana”. Ten kompaktowy zestaw utworów (całość trwa poniżej 40 minut) brzmi jak wyciśnięcie całego majestatu zaklętego w tym konkretnym składzie. Już od wejścia jest grubo i z maksymalnym stężeniem konkretu, bo wprowadzający w ten świat „Żołnierz fortuny” brzmi jak przyspieszone i zekstremalizowane Iron Maiden. „Sztuczne oddychanie” z dzikim galopem i heavymetalowym refrenem od razu wrzyna się w głowę, a podzielony na dwie części utwór tytułowy obfituje zarówno w sprinty do utraty tchu, jak też masywne riffy stworzone do headbangingu. Zawsze będę uważał, że najlepszy polski metal z lat 80. to Kat, lecz na „Kawalerii…” Turbo zdecydowanie grało w tej samej lidze.
SZCZYT… I SZYBKI UPADEK
W odróżnieniu od tony polskich kapel metalowych z lat 80. Turbo było w stanie wspiąć się na wysoki poziom, lecz szybko obniżyli loty. Co prawda wydany rok później „Ostatni wojownik” jest równie udany jak „Kawaleria…”, ale później zdecydowanie nie było tak różowo. Na „Epidemiach” zespół podjął próbę dialogu z przeżywającą wówczas mikrohype muzyką techniczno-thrashową, natomiast nie wyszło im to na dobre. Gitarowe zawijasy i stawanie na głowie, by wybrzmieć jak najbardziej pokrętnie budzi podziw na początku, przy czym niedorzeczne falsety Grzegorza Kupczyka i prowadzone bez większego pomyślunku riffy brzmią śmiesznie, nie groźnie. Do tego mieliśmy „Dead End”, a zwłaszcza „One Way”, przy których Turbo próbowało zmierzyć się z death metalem, lecz efektem tej przygody była muzyka brzmiąca jak cień tego, co np. na „Arise” robiła Sepultura. Po drodze wydarzył się także poreaktywacyjny, niemal numetalowy „Awatar”… Sami rozumiecie – ci ludzie mieli wtedy ponad 40 (Hoffmann i Kupczyk) lub grubo ponad 30 (Bogusz Rutkiewicz) lat. Granie młodzieżowej muzyki, mając dodatkowo korzenie w tradycyjnym metalu, nie mogło skończyć się dobrze – i nie skończyło.
Mimo tego Turbo odzyskało formę – co prawda nie na poziomie „Kawalerii…”, ale jednak. Wszystkie płyty wydane od „Strażnika światła” aż po ubiegłoroczne „Blizny” dowodzą, że póki ten zespół nie zagalopuje się w nadganianiu scenowych trendów, jest w stanie nagrać bardzo jakościowy heavy metal. Niech tego się trzymają, a wszystko będzie dobrze.