Im więcej czasu mija, tym bardziej zastanawiam się, jakim cudem John Frusciante w ogóle złapał się na angaż w Papryczkach. Tak, pamiętam, przed dołączeniem do składu zespołu w 1988 roku był wielkim fanem grupy, i to przez parę ładnych lat, ale biorąc pod uwagę jego muzyczne zaplecze, jestem niezmiennie zdumiony. Przecież ta funk-rockowa jazda z płyt od debiutu aż do „Blood Sugar Sex Magik” nie miała wiele wspólnego z jego ulubionymi artystami, którymi byli chociażby Neu!, Talking Heads, Yes czy King Crimson. Nie chodzi nawet o muzyczne podobieństwa, bo solowy Frusciante również brnął w inne rejony estetyczne, lecz podejście. Podskakujące chłopaczki ze skarpetami na prąciach i wiecznie rozmiłowanym w młodszych dziewczynach Anthonym Kiedisem na czele brzmiały jak osobny wszechświat. Może właśnie dlatego John odnalazł się w nim tak dobrze… Do czasu. Ale po kolei.
MNIEJ HEROINY NIŻ MYŚLICIE
Pora zburzyć pewien mit: zdecydowana część „Niandra Lades…” nie została zarejestrowana pod wpływem heroiny i innych ciężkich narkotyków, które pożerały Frusciante w momencie premiery albumu. Pierwsze numery z płyty powstawały już w 1988 roku, a sporą porcję materiału muzyk nagrał w 1991, pracując równolegle nad przełomowym dla RHCP „Blood Sugar Sex Magik”. W tamtym czasie muzyk zajmował się głównie jaraniem zioła i alkoholem, a do tego dorzucał inne używki, przy czym wciąż był młodym, radosnym chłopakiem, którego charakteryzowały żelazny reżim pracy, wielka radość i ponadprzeciętny talent. Oczywiście biorąc pod uwagę skrajnie chałupniczy charakter płyty oraz towarzyszącą wszystkiemu surowiznę, trudno nie połączyć ich z opioidową spiralą, lecz w tym przypadku pozory mylą. Najważniejszym, jednym z nielicznych utworów napisanych przez Johna już po odejściu ze składu Peppersów, jest „Blood on My Neck from Success” – przyznacie, że bardzo sugestywny tytuł, prawda? Prawdziwie heroinowym (i, na szczęście, jedynym) materiałem Frusciante jest następca „Niandra…”, czyli „Smiles from the Streets You Hold”.
ŚLADY GENIUSZU
Christian Hoard, recenzent „Rolling Stone”, nazwał „Niandra Lades…” czymś na kształt „uroczego bałaganu”. Nie pomylił się. Debiut Johna (do spółki ze znacznie słabszym „Smiles…”) to najbardziej chaotyczne, co zrobił. Nie chodzi tylko o naturę piosenek, ale także o ich umiejscowienie. Wszystko sprawia wrażenie losowego, zwłaszcza w drugiej, dużo bardziej odjechanej części krążka, składającej się z niezatytułowanych piosenek. Doceniam ten zabieg, bo mimo że całość jest siedliskiem dziwactw, łatwo podzielić je na różne kategorie. „Niandra Lades” to rzeczy zahaczające o terytorium piosenkowe, czerpiące z rockowej awangardy od The Velvet Underground aż po Davida Bowiego. Jest w nich chwytliwość, są nawet ładne melodie, a do tego niemało motywów, na których można się zawiesić. W żadnym wypadku nie rozmawiamy o przyjemnej muzyce, lecz na swój sposób wpadającej w ucho, podświadomie hipnotyzującej słuchacza. „Usually Just a T-Shirt” jest już inną parą butów. To krajobraz złożony prawie wyłącznie z eksperymentów i dźwiękowych kolaży, które brzmią jak zdeformowany folk i ścieżka dźwiękowa do psychodelicznego wernisażu, a nie zbiór piosenek. Sprawdza się to na medal. Jeśli jaracie się wyrd folkiem sięgający od Current 93 po Comus, druga część debiutu Frusciante przypadnie wam do gustu.
WADY
Przyznam, że mimo długiego stażu jako szalikowiec RHCP nie polubiłem się z „Niandra Lades…” od razu. Podobnie jak inni fani zespołu nie byłem przygotowany na zetknięcie z tak osobliwą materią, skoro wcześniej wykarmiono mnie przebojami rzędu „Under the Bridge” czy „Give It Away”. Niemniej, nawet mimo rozwijającego się muzycznego gustu, starcia z debiutem Fru traktowałem jako drogę przez mękę. Dopiero kilka lat temu go mocno polubiłem, lecz niektóre rzeczy są dla mnie nie do przeskoczenia – z czym nie mam problemu, bo nie wszystko jest dla wszystkich. Przede wszystkim: ramy czasowe wydawnictwa. Ten krążek trwa 70 minut. Godzina z okładem to zdecydowanie zbyt duża objętość jak na płytę z taką muzyką. Jednak nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Znacznie większym problemem są wokale Johna. Jego chórki w Papryczkach brzmiały jak miód, a w tym przypadku głos tego nietuzinkowego artysty jest po prostu nie do zniesienia. Nawet, gdy śpiewa w średnim rejestrze, ma w manierze coś męczącego i odpychającego. Słychać tu zarówno biegnącą w teatralnym kierunku nadekspresję, jak też ekwilibrystykę znajdującą się poza umiejętnościami muzyka. Szereg popiskiwań i innych absorbujących jęków w „My Smile Is a Rifle”, „Untitled #8” czy wielu innych fragmentach płyty wydaje się wyzwaniem nie do przejścia.
SPOTKANIE ZE ŚMIERCIĄ
Tuż po premierze „Niandra Lades…” (przed w sumie też) John Frusciante nie przeżywał najlepszych momentów życia. Był pogrążonym w depresji i narkotykowym uzależnieniu dwudziestoparolatkiem, a jego świat zamiast się otwierać, malał z każdym dniem. Każdy fan Red Hot Chili Peppers zna wywiad udzielony holenderskiej telewizji VPRO z 1994 roku. Wychudzony i odurzony Frusciante opowiada w nim z pełnym przekonaniem m.in., że narkotyki pozwalają mu być sobą, a jeśli czułby się źle, poszedłby pobiegać. Ostatecznie nie pobiegał, więc demony szybko go dogoniły. Najpierw prawie zginął w pożarze swojej willi, który strawił wszystkie gitary i większość jego dobytku. Później został bezdomnym i mieszkał w aucie swojej ówczesnej dziewczyny, Toni Oswald, a w 1997 roku wydał wspomnianą tu kilkukrotnie „Smiles from the Streets You Hold”. Jak przyznawał sam, materiał ukazał się wyłącznie celem uzyskania środków umożliwiających spłatę długów i dalsze dozbrajanie się w zapasy narkotyków. Chwilę potem trafił na odwyk, wrócił do składu RHCP, wydał z nimi „Californication” i wszystko zakończyło się na plus.
Podsumowując: „Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt” nie jest materiałem dla niecierpliwych słuchaczy. To skrajnie irytująca, rozwleczona i wybrakowana pozycja, ale przy tym dojmująco szczera, po prostu piękna. Jeśli macie wystarczająco dużo odwagi, wejdźcie do tego świata z Johnem Frusciante pod rękę, a po wszystkim dokładnie się umyjcie – kontakt z heroinowymi bliznami może wyrządzić zdrowotne szkody.