Niedługo przed premierą piątej płyty Nevermore dziennikarz niemieckiego „Rock Hard” zapytał zespół, czy uważają się za wrogów rzeczywistości. Basista Jim Sheppard odparł: „Warrel (Dane, wokalista – red.) tak – my jesteśmy raczej normalni”. Ta żartobliwa odpowiedź ma więcej wspólnego z prawdą niż można by przypuszczać. Nieodżałowany frontman amerykańskiej grupy zawsze działał na przekór wszystkiemu i to w dużej mierze dzięki niemu zespół był tak charakterystyczny. Ale po kolei.
UCH – JAK GORĄCO! PUFF – JAK GORĄCO!
Nevermore zawsze byli trudnym do sklasyfikowania składem. Najprościej wrzucić ich do worka z napisem „US power metal”, ale przecież to znacznie cięższa i intensywniejsza muzyka niż Helstar, Metal Church czy nawet Sanctuary, na gruzach którego wyrośli. Na thrash są zbyt mocarni i złożeni. Na progmetal zbyt treściwi. „Enemies of Reality” to jeden z licznych dowodów ich otwartości na zmiany stylistyczne. Wydany w 2003 roku krążek grupy to najwścieklejsze i najbardziej agresywne, co zrobili. Momentami – chociażby w „Ambivalent” czy quasi-balladowym „Who Decides” – zahaczają wręcz o rejony deathmetalowe. Nawet największe hity z tego albumu to stuprocentowy gniew bez zmiękczania i zwalniania. Numer tytułowy czy „I, Voyager” ukazują esencjonalny styl kwintetu, lecz podkręcony jeszcze wyżej, jeszcze mocniej, zaprezentowany z jeszcze większą werwą. Warto zaznaczyć, że muzycy Nevermore byli wtedy po trzydziestce i czterdziestce, więc mimo młodości za sobą nie tracili ikry. Tak to się robi, Drodzy Metalowcy.
NIE TYLKO MORDOBICIE
Nawet mimo tego, że „Enemies of Reality” to najbrutalniejszy album Nevermore, załoga z Seattle nie ograniczała się wyłącznie do zatłuczenia słuchacza na śmierć. Jeff Loomis i Warrel Dane byli zdecydowanie zbyt dobrymi, pełnymi inspiracji muzykami, by postawić wszystko na jedną kartę. Właśnie dlatego z jednej strony na płycie mamy thrashowy sprint w postaci „Seed Awakening”, ale też przejmujące „Tomorrow Turned Into Yesterday”. Drugi z wymienionych utworów to niedoceniona perełka w katalogu Amerykanów. Mówimy o raczej spokojnym numerze (z obowiązkowym punktem kulminacyjnym w refrenie), który z pozoru nie brzmi spektakularnie, lecz szybko łamie serce. Swoje robi tu heroiczna robota wokalna Dane’a, który nie musiał się popisywać ani stawać na palcach – jego baryton i emocjonalna ekspresja w zupełności wystarczyły. Do tego dochodzi wspomniane już „Who Decides”, gdzie złapano równowagę między rozjuszonym metalowym galopem a niemal kołysankową melodią przewodnią. Nie zapominajmy o „Create the Infinite” z tym heavymetalowym groove’em podrasowanym pod standardy XXI wieku. Moc!
WARREL DANE
Absolutna gwiazda tej płyty. Technicznie można powiedzieć tak o każdym materiale Nevermore. Jednak na – ciekawostka – dedykowanym zmarłemu rok wcześniej Chuckowi Schuldinerowi „Enemies of Reality” ten ponadprzeciętny wokalista lśni najjaśniejszym blaskiem. Mimo heavymetalowego backgroundu i maniery odwołującej się nierzadko do bardziej oldschoolowych wzorców Warrel Dane bez problemu wpasował się w szalenie intensywny krajobraz omawianego tu materiału. Nie musiał growlować, nie musiał niczego udawać – po prostu dostosował swoje firmowe partie do charakteru muzyki. Jego histeryczne zawodzenia w utworze tytułowym czy chyba najbardziej omijanym z całości „Never Purify” tylko podbijają dramaturgię płyty. No i teksty – Warrel zawsze miał do nich wielki talent. Z jednej strony dostajemy szumną deklarację z kawałka otwierającego: „Jesteśmy bezużytecznymi produktami ubocznymi bezdusznego mięcha / Wszyscy odeszliśmy, wszyscy wyśpiewujemy tę samą tragedię”. Z drugiej niemal metafizyczny „I, Voyager”: „Jestem wędrowcem / Skosztowałem rozkoszy ciała i umysłu / By dotrzeć do miejsca, w którym się znalazłem / W sile myśli, skupienia i świadomości”. Wymieniać można by długo. Linijki Dane’a w ogóle się nie starzeją.
BRZMIENIE
W momencie premiery „Enemies of Reality” wzbudziło mieszane reakcje. Nie chodziło o muzykę, lecz produkcję. Odpowiedzialny za ten aspekt płyty Kelly Gray miał praktycznie zerowe doświadczenie w kwestii pracy z muzyką, którą Nevermore mu zaserwowali. Amerykański producent współpracował wcześniej z Dokken czy Queensrÿche, czyli grupami operującymi znacznie lżejszymi środkami wyrazu niż ekipa z Seattle. Biedak chyba nie wiedział, jak się za to zabrać, dlatego brzmienie „Enemies of Reality” jest niewyraźne, brudne, błotniste i muliste. Fani wykarmieni chociażby na klinicznie czystym „Dead Heart in a Dead World” nie byli na to gotowi. Właśnie dlatego dwa lata później Andy Sneap poddał album gruntownemu remiksowi i remasterowi. Uważam, że pierwotny kształt krążka jest jednak dużo lepszy. Ukręcenie tych kawałków w tak narowisty, nieprzyswajalny sposób idealnie oddaje jej charakter. Materiał źródłowy jest surowy, więc musi brzmieć nieprzyjemnie. Metal to przecież nie przelewki. W wypolerowanej i wypieszczonej wersji Sneapa „Enemies of Reality” traci wiele atutów, ale co ja tam wiem…
Odpowiadając na pytanie z tytułu artykułu: nie stali się. Fani jojczyli na produkcję, lecz „Enemies of Reality” spotkała się z ciepłym odbiorem, a numer tytułowy czy „I, Voyager” do teraz są stałymi elementami koncertowych setlist zespołu. Czy Nevermore zagra oba wymienione numery i coś jeszcze z tego krążka podczas warszawskiego koncertu 4 maja? Trzymamy kciuki!