„Uczę się odmawiać”. Wywiad z Chelsea Wolfe 

Dodano: 04.11.2026
Gotycka księżna mroku Chelsea Wolfe wróciła z nową, fenomenalną płytą – „The Dark”. Oprócz tego wystąpi w Progresji 3 grudnia. Przepytałem artystkę o szczegóły związane z nowym albumem, wewnętrzny spokój i wiele innych rzeczy.

Na wcześniejszych płytach wyzwalałaś wewnętrzną ciemność, ale na „The Dark” jesteś pogodzona ze sobą i swoimi życiowymi wyborami. Wciąż masz w sobie dużo mroku czy niekoniecznie?

Moim zdaniem ta płyta jest jak najbardziej mroczna i pełna wewnętrznej ciemności. Wszystkie utwory opowiadają o zrezygnowaniu z rzeczy, z których niekoniecznie chcesz zrezygnować. Jak wiemy, pokonanie tego problemu jest bardzo złożonym zadaniem. W tekstach skupiałam się głównie na związkach, które były wyjątkowo toksyczne lub po prostu nie działały z innych przyczyn. W niektórych relacjach tego typu musiałam doprowadzić wręcz do momentu, by sama wyjść na tą „złą”, aby móc wydostać się z sytuacji i wreszcie zaznać spokoju. Na szczęście to już za mną.

Próbowałaś sił w bardzo wielu gatunkach – od doom metalu po americanę czy darkwave – ale twój styl zawsze był z miejsca rozpoznawalny. Co by się musiało wydarzyć, by Chelsea Wolfe nagrała płytę, która nie brzmi jak Chelsea Wolfe?

Powiedziałabym, że coś takiego dzieje się, gdy kooperuję z innymi artystami. Nie działając stuprocentowo na własny rachunek, jestem bardziej otwarta i otwieram się na nowe perspektywy, których być może nie uznałabym, tworząc samodzielnie. Gdy myślę o tym w dłuższym odcinku czasowym, nie zawsze jestem zadowolona z efektów, które przynosi nagrywanie we współpracy z kimś! Uważam, że zabrałam się w karierze za zbyt wiele kooperacji. Kiedyś od razu akceptowałam każdy pomysł tego typu, ale dziś uczę się mówić „nie”. 

Na twojej nowej płycie – podobnie jak na „Hiss Spun” – słyszymy Troya Van Leeuwena z Queens of the Stone Age. To genialna okazja, by podpytać, jak brzmiałaby twoja piosenka nagrana w kooperacji z nimi? Myślisz, że wokale Chelsea Wolfe i Josha Homme to dobre połączenie?

Myślę, że jak najbardziej. Jestem wielką fanką Queens of the Stone Age, więc taki mariaż wyszedłby wspaniale, możesz być pewien. Nasze wokale brzmiałyby razem świetnie. Dobrze byśmy się uzupełnili!

Skoro wspomniałem już o Joshu… Dzieli was wiele, ale wasza muzyka ma w sobie coś bardzo subtelnie seksownego. To kwestia charakteru, metod komponowania czy po prostu jakiegoś niewytłumaczalnego pierwiastka, który w sobie masz?

Mój znak zodiaku to skorpion, więc sam rozumiesz! (śmiech) Bycie seksowną leży w mojej naturze! Innej opcji nie widzę…

Odnoszę wrażenie, że „The Dark” to zarazem coś nowego, jak też wyciągnięcie wszystkich najlepszych wątków z twoich poprzednich płyt. Czy dzięki tej płycie patrzysz na swoje wcześniejsze materiały inaczej niż w przeszłości?

Tak. Kiedyś byłam bardzo krytyczna względem tego, co robiłam w przeszłości. Oczywiście dzisiaj też jestem i staram się nie pobłażać do przesady niczemu, czego nie uważam za ideał, jeśli chodzi o moje działania artystyczne. Niemniej ostatnio trochę wyluzowałam i doceniam dawną siebie nieco bardziej, a nawet dużo bardziej. Poza tym… Czuję się już gotowa na tworzenie nowej muzyki.

Gdy rozmawiałem z tobą na Mystic Festival dwa lata temu, zaznaczyłaś, że w twojej muzyce jest więcej pozytywnych emocji niż można by przypuszczać. Nowa płyta to potwierdzenie tej reguły?

Trudno powiedzieć, ale chyba w tym przypadku nie będzie to takie proste do ustalenia. Nowa płyta jest inspirowana mrokiem generowanym przez rzeczywistość i wszystko, co z nią związane. Ucząc się siebie, zrozumiałam, że mam wiele rzeczy do przeprocesowania i mnóstwo pracy z cieniem do wykonania. Jeżeli zależy ci na szczęściu, harówka psychologiczna prawie nigdy się nie kończy. Trzeba wejść w głąb siebie. Życie to plątanina mrocznych i jasnych cyklów. Gdy tworzyłam te piosenki, znajdowałam się bliżej ciemnej strony.  Ale „The Dark” to jednak nie tylko posępność, wciąż zależy mi na pojedynczych promykach. „Dancer in the Sky” opowiada szukaniu nadziei podczas przechodzenia żałoby.

Czytając wywiady z tobą, dochodzę do wniosku, że jesteś obecnie w bardzo stabilnym położeniu, czego w przeszłości chyba nie mogłaś o sobie powiedzieć… Zapytam wprost: byłaś kiedykolwiek w lepszym życiowym miejscu niż teraz?

Nie byłam, a przynajmniej tak mi się wydaje. Oczywiście chciałabym bardzo dobitnie zaznaczyć, że nie wiodę idealnego życia. Jak wspomniałam, mam jeszcze wiele pracy nad sobą do wykonania. Jestem jednak przekonana, że obecnie dużo lepiej radzę sobie z problemami jakiejkolwiek natury. Dotarłam do miejsca, w którym czuje się bardzo swobodnie ze swoją trzeźwością, a do tego jestem wierna własnym rytuałom i czemuś na kształt rutyny. Czuję się dobrze z byciem starszą. Spokój, który znalazłam, jest dla mnie niezwykle istotny. 

Jak wspomniałem, grasz bardzo różną muzykę, ale jedną z twoich najwierniejszych grup fanów są metalowcy. Wyobrażasz sobie siebie nagrywającą intensywny do granic metalowy album z gatunku „meat and potatoes”?

Nie wiem, czy nagrałabym metalowy album w wariancie, o którym mówisz, bo chyba nie jest to zgodne z moją wizją. Z całą pewnością płyta brzmiałaby metalowo w moim rozumieniu tego gatunku. Tęskno mi za graniem cięższych rzeczy…

Twoją trasową partnerką tej jesieni będzie A.A. Williams, która muzycznie i wizerunkowo ma z tobą mnóstwo wspólnego. Jak uważasz, jakie są największe różnice między wami?

Moim zdaniem nasza muzyka brzmi zupełnie inaczej i dzieli ją więcej niż łączy. Na pewno powiedziałabym natomiast, że pochodzimy niejako z tego samego artystycznego świata. Bardzo czekam, aż zobaczę ją z zespołem na żywo. Jestem pewna, że będzie świetnie!

Nie ukrywasz, że czarna magia była jedną z rzeczy, które na wielu poziomach pomogły ci odnaleźć wewnętrzny komfort. Dalej ją praktykujesz czy traktujesz raczej jako wspomnienie?

Zdecydowanie nie wspomnienie, nigdy z tego nie zrezygnowałam. Niezmiennie praktykuję czarną magię, a cykl życia odmierzam kolejnymi księżycami i porami roku. Do tego codziennie wyciągam karty i robię wiele innych rzeczy. Podchodzę do tych kwestii bardzo poważnie. Dzięki temu czuję się stabilna emocjonalnie, skoncentrowana i zrównoważona.

Powszechnie znanym jest fakt, że – delikatnie mówiąc – nie przepadasz za swoim debiutanckim albumem, „Mistake in Parting”. Zapytam więc przekornie: czy jest coś, co w nim lubisz?

Miło wspominam samo doświadczenie nagrywania tej płyty. Wiele się wtedy nauczyłam i przebiegło ono raczej bez większych problemów. Rejestrowałam ją w legendarnym kalifornijskim studiu w Sacramento, które nazywa się The Hangar. Wspaniałe miejsce. 

Jednym z najistotniejszych elementów twojego wizerunku i muzyki są powiązania z gotyckim rockiem. Z którą z gotyckich legend najchętniej poszłabyś na kawę i pogadała o wszystkim i o niczym?

Taką postacią z całą pewnością byłby Robert Smith. Bardzo przepadam za The Cure, ale przede wszystkim uwielbiam go jako osobę – jest taki ludzki i ciepły. Wspaniały artysta o złotym sercu. 

Swój pierwszy polski koncert dałaś ponad 12 lat temu na Off Festivalu. Uważasz, że debiut na naszej ziemi przy okazji festiwalu związanego znacznie mocniej z muzyką alternatywną niż metalową miał dla ciebie dobre konsekwencje?

Nie mam pojęcia. To kwestia, nad którą nigdy się zastanawiałam i szczerze sądzę, że ten stan rzeczy nie ulegnie zmiany. Słuchają mnie ludzie z różnych kręgów. Dopóki odnajdują w mojej muzyce coś dla siebie, dopóty wszystko gra. Nie prowadzę żadnych danych statystycznych. Co do tego konkretnego występu pamiętam natomiast, że byłam niesamowicie podekscytowana opcją pojawienia się na tak fajnym festiwalu jak Off!

Jaka jest najistotniejsza lekcja na temat siebie, którą wyciągnęłaś, tworząc „The Dark”?

Pod bardzo wieloma względami nagrywanie tej płyty było dla mnie ciągłym opuszczaniem strefy komfortu. Jak łatwo się domyślić, praca nie przebiegała zbyt lekko, ale uczyniła mnie silniejszą. Dzięki temu doświadczeniu wiem, że jestem gotowa spróbować czegoś zupełnie nowego. 

Gdybyś miała wymienić jedną ciekawostkę o sobie, o której prawie nikt nie ma pojęcia, co by to było?

W alternatywnym życiu byłabym bibliotekarką. To idealna wizja na życie. Funkcjonowałabym w maksymalnej ciszy i otaczałyby mnie przede wszystkim książki. Nie ma tu ani jednego słabego punktu!

Chwilę temu udzieliłaś wywiadu Billy’emu Corganowi z The Smashing Pumpkins. To oczywiście wielki zaszczyt, być przepytywaną przez tak legendarną postać, ale… Nie irytowało cię to jego ciągłe wcinanie ci się w pół słowa? 

Byłam bardzo zadowolona z tego wywiadu. To przemiłe z jego strony, że użyczył mi platformy, dzięki czemu mogłam zaprezentować się przed jego publiką. Wielka rzecz. Co do drugiej części pytania: jestem introwertyczką, więc nie. W mojej sytuacji wsparcie kogoś gadatliwego okazuje się bardzo przydatne.

Czego powinniśmy się spodziewać na twoim warszawskim koncercie w grudniu? Oczywiście oprócz mroku i potęgi!

Zagramy przekrojowy set: stare i nowe piosenki. Moje koncerty mają wywoływać wrażenie przejściowości i dynamiki oraz zabrać słuchacza w małą podróż przez podziemny świat

Jaka jest najbardziej poruszająca płyta, którą usłyszałaś w ostatnim czasie?

Polecam najnowszą płytę Eartheater – „Heavenly Body: If I’m the Bottle You’re the Message”. Jest absolutnie wspaniała i poruszająca.

Łukasz Brzozowski

zdj. Magdalena Wosińska

Bilety na koncert Chelsea Wolfe kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas