Co robisz, gdy chcesz się zrelaksować?
To dobre pytanie, bo relaks jest bardzo ważną częścią bycia muzykiem na pełen etat! W życiu zresztą również. Dopiero w ostatnich latach nauczyłam się odpoczywać. Ciągle coś robiłam i naprawdę ciężko pracowałam. Musiałam sobie wpoić, że w tym natłoku wszystkiego warto czasami wyluzować, od czasu do czasu dłużej pospać i generalnie pozwolić ciału i umysłowi na regenerację.
Coś konkretnego na to wpłynęło?
Niekoniecznie. Może to kwestia wieku? Bardzo lubię obcować z naturą. Uwielbiam długie spacery, praca w ogródku również mnie rajcuje. Oglądam sporo filmów, jeżdżę na rowerze, chodzę do fajnych kawiarni, dużo rozmawiam z mężem i przyjaciółmi… Te aktywności nie brzmią zbyt spektakularnie, ale właśnie o to chodzi. Po byciu zalaną chaosem i hałasem muszę odpłynąć w ciszę.
Zwyczajne aspekty życia cieszą cię bardziej niż kiedyś?
Zdecydowanie! Nie muszę wszędzie pędzić i robić kilkuset rzeczy jednocześnie. Oczywiście paręnaście lat temu powiedziałabym co innego, ale zmieniła mi się perspektywa. Wciąż kocham koncerty i płynącą z nich energię, ponieważ w ten sposób utrzymuję wewnętrzny balans. Mam wielu przyjaciół z różnych zespołów, którzy są w trasie przez cały rok, a jeśli nie są, to na pewno robią coś w studiu. Jestem pełna podziwu dla ich wytrwałości, lecz teraz chyba bym nie dała rady z takim trybem życia.
Chodzi o wiek czy coś innego?
Chodzi o to, że takie życie na walizkach bywa zbyt trudne. W pewnym momencie odłączasz się od rzeczywistości, tracisz znajomości, psujesz ważne relacje… Budowanie czegoś istotnego jest prawie niemożliwe, jeśli ciągle nie ma cię w domu, bo akurat grasz koncert na drugim końcu świata.
Przeżyłaś rozpad relacji wynikający z ciągłego bycia poza domem na własnej skórze?
Na szczęście nie, los okazał się dla mnie wyjątkowo łaskawy. Mam wspaniałych przyjaciół, z którymi znam się od dzieciaka – serio. Byliśmy ze sobą bardzo blisko jeszcze zanim dołączyłam do The Gathering, więc mówimy o naprawdę wieloletnich relacjach.
Ale później nie było cię na miejscu.
To prawda, ale z jakiegoś powodu wciąż chcieli i chcą się ze mną zadawać. (śmiech) Porównałabym moje życie społeczne do złotej rybki, ponieważ nawet będąc na miejscu, dużo pracuję, ale moi bliscy są bardzo cierpliwi i wyrozumiali. Życie rodzinne przynosi więcej komplikacji. Z racji swojego zawodu ominęłam wiele pogrzebów, rocznic, ślubów…
Zapytałem o relaks, ponieważ wydajesz mi się wiecznie aktywną osobą – działasz solowo, z The Gathering, udzielasz się gościnnie… Zakładam, że nie lubisz leżeć plackiem.
To prawda! Kocham być w ruchu. W moim przypadku nawet odpoczynek wiąże się z wykonywaniem jakichś aktywności, o czym poniekąd wspomniałam. Nie lubię siedzieć sama. Spotykanie się z ludźmi jest cudowną częścią życia, a od czasu do czasu miewam okazję, by zabrać w trasę swoją rodzinę, więc łączę przyjemne z pożytecznym! Nie oznacza to jednak, że nie lubię luźnego poranka, kiedy mogę na spokojnie napić się kawy i spoglądać w okno. Człowiek docenia takie rzeczy po trasowym maratonie, zwłaszcza na pewnym etapie życia. Gdy jesteś młody, nie obchodzą cię takie rzeczy, bo żyjesz tu i teraz.
Przed paroma miesiącami wydałaś drugą część tryptyku „La Vie, La Mort, L’Amour”, który jest chyba najbardziej osobistą rzeczą, jaką nagrałaś, a przecież nagrałaś ich sporo. Jakie uczucia towarzyszą ci na myśl o „La Mort” po tym czasie?
Zgadzam się, że może być to moja najbardziej osobista płyta. Kiedy coś czuję, nie trzymam tego w środku, dlatego wiele z tych piosenek traktuje o moim synu, rodzinie, miłości i innych rzeczach, z którymi się mierzę. Wiadomo, że poświęciłam też miejsce historiom związanym z odejściem rodziców. Możliwość wyrażania tych emocji za sprawą muzyki jest wręcz zbawienna, tym bardziej że wiele osób słuchających moich płyt czuje podobnie. Sporo pracuję nad finalizacją wszystkiego związanego z „L’Amour”, więc EP-ka oraz cała płyta ukażą się najpewniej w przyszłym roku.
Osią tematyczną materiału jest żałoba po wspomnianej przez ciebie śmierci obojga rodziców. Czego dowiedziałaś się o sobie w wyniku tej sytuacji?
Wciąż się czegoś dowiaduję. Przeżycie takiej sytuacji równa się ciągłej nauce. Z jednej strony to naturalny cykl życia – najpierw odchodzą twoi rodzice, później ty, potem twoje dzieci… Niby zawsze jesteśmy na to przygotowani. Z drugiej: gdy faktycznie dochodzi do ciebie, że nigdy więcej ich nie zobaczysz, czujesz się… dziwnie. Co prawda mam obecnie 53 lata, ale wciąż jestem córką swoich rodziców, dzieciakiem. To trochę tak, jakby zabrać komuś jedną z najważniejszych życiowych podpór i pozostawić go lub ją bez niej. Oczywiście mówimy o mojej relacji z nimi, ponieważ nie jestem w tym sama – otaczają mnie cudowni ludzie, za którymi skoczyłabym w ogień. Zawsze mam z kim pogadać i do kogo pójść, ale czuję się jakoś inaczej. To trudna sytuacja. Jej procesowanie właściwie nigdy się nie kończy.
Zawsze jawiłaś mi się jako bardzo pozytywna jednostka – po takim przeżyciu wciąż nią jesteś?
Myślę, że tak! Wciąż jestem taką samą osobą. Nawet w takich sytuacjach dostrzegam jakieś piękno, o ile w ogóle można tak to nazwać. Jeszcze mocniej doceniam to, czym zostałam obdarowana przez życie. Po śmierci rodziców sporo się u mnie pozmieniało. Mam więcej kontaktu z dalszą rodziną, odnowiłam trochę relacji. Kto wie, może bez tego wydarzenia by do tego nie doszło?
„La Mort” jest bardzo miszmaszowa. Na przykład „Fade In Fade Out” brzmi jak Portishead i Cocteau Twins przefiltrowane przez twój progmetalowy filtr. W jak dużym stopniu inspiracja muzyką z lat młodości zadecydowała o kształcie piosenek?
Jak najbardziej. Muzyka, której słuchałam jako młoda dziewczyna, wciąż we mnie siedzi, mam ją we krwi. Ukształtowały mnie zwłaszcza lata 80. i dążyłam do odwzorowania tego klimatu w warstwie produkcyjnej. Nie chodzi o bycie retro, a zbicie wielu wątków w brzmieniowy miszmasz. Następna dekada również bardzo na mnie wpłynęła, bo wchodziłam wtedy w dorosłość, co również uformowało moją osobowość. Doceniam, że wyłapałeś „najntisowy” element – melodie zespolone z tym eterycznym nastrojem. Portishead i Cocteau Twins są zresztą dobrymi przykładami tego, o czym mówię. Wiadomo, że dodaję do puli inspiracji coś autorskiego, zwiększam poziom ciężaru i mroku – normalka.
„Eteryczny” to dobre słowo, bardzo kojarzy mi się z twoim głosem. Zawsze zastanawiałem się, co by było, gdybyś nagrała trip-hopowy album.
To byłoby super! Trip-hop jest bardzo fajny, bo mówimy o muzyce wręcz stworzonej do eksperymentów wokalnych. W tle masz przepiękną ścianę dźwięku złożoną z wielu warstw, a na froncie śpiew płynący w dowolnym kierunku. Dzięki temu bariery związane z ekspresją właściwie nie istnieją. Podrzuciłeś mi dobry pomysł, chyba będę musiała go zrealizować w bliższej lub dalszej przyszłości.
Zachęcam, bo to muzyka wręcz predestynowana do kobiecego wokalu.
Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, ale chyba masz rację. Faktycznie trip-hop jest mocno zdominowany przez kobiety, jeśli mówimy o śpiewie. Może chodzi o te wyższe rejestry i łagodniejszy tembr głosu? Oczywiście nie brakuje też mężczyzn z eterycznymi głosami!
Devin Townsend opowiadał, że siła twojego głosu polega na jego czystości. Jak przekazać największą emocjonalną intensywność, nie pozbywając się anielskiej aury?
Nie wiem. Wydaje mi się, że po prostu to w sobie mam! Do tego zawsze stawiam na szczerość. Ludzie z pewnością doceniają taki ładunek emocjonalny. Poza tym jestem też technicznie uzdolnioną wokalistką, nie będę sobie tego odbierać. Umiem oddać emocje, które chcę przekazać. Nikogo nie kopiuję, stawiam na siebie.
Jako młoda wokalistka też nikogo nie kopiowałaś?
Na pewno nawiązywałam do fascynujących mnie głosów. Kocham uzdolnionych wokalistów. Barbara Streisand, Bruce Dickinson, Mike Patton, Maynard James Keenan… Wszyscy są obdarzeni potężnym wokalem. Po prostu tak jakoś wyszło, że stałam się sobą – to efekt pisania piosenek i śpiewania ich po swojemu, serio. W latach 90. wszystkie młode piosenkarki próbowały być jak Mariah Carey lub Björk…
Szeroki rozstrzał.
Zdecydowanie! Zmierzam do tego, że zawsze czułam się dobrze, śpiewając tak, jak czuję, a nie udając kogokolwiek.
Za dwa dni minie 30 lat od przełomowego dla The Gathering występu na festiwalu Dynamo. Jakie są twoje wspomnienia z tego koncertu?
To był bardzo ważny koncert w historii The Gathering – wciąż jest. Byliśmy wtedy chwilę po wydaniu „Mandylion”, a nasza kariera biegłą w naprawdę dobrym kierunku. Zjechaliśmy kawał Europy, ale występ na Dynamo był wyjątkowy, ponieważ chodziliśmy na ten festiwal jako dzieciaki, doskonale znaliśmy ten teren i mieliśmy z nim mnóstwo wspomnień. Mówimy też o jednej z największych edycji festu – pojawiło się na niej około 60 tysięcy osób! Nigdy wcześniej nie graliśmy przed tyloma ludźmi. Na szczęście wszystko poszło bardzo dobrze i dostaliśmy jeszcze większego wiatru w żagle. Reszta jest historią.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały artystki